Mieszkańcy osiedlowych uliczek uważają progi zwalniające za gwarancję bezpieczeństwa. Dla kierowców są koszmarem i niejednokrotnie przyczyną usterek zawieszenia w samochodach. Progi są powszechnym widokiem na bielskich ulicach. Nie tylko na lokalnych osiedlowych drogach, lecz nawet na ruchliwych traktach. Czy poprawiają bezpieczeństwo ruchu ulicznego i warto w nie inwestować? A może montowane są zbyt pochopnie, wszędzie tam, gdzie tylko zażyczy sobie tego lokalna społeczność?

Te pytania zadają sobie coraz częściej kierowcy kursujący po stolicy Podbeskidzia, zmuszeni nawet kilkadziesiąt razy dziennie ?podskakiwać? na hopkach. Inaczej oceniają te zawalidrogi osoby mieszkające przy bocznych ulicach, gdzie mimo ustawionych ograniczeń prędkości bardzo często samochody gnają ile fabryka dała. Nie bacząc na to, że wszędzie pełno pieszych. Próg sprawia, że kierowca zmuszony jest zdjąć nogę z gazu. Sam znak ograniczenia prędkości najczęściej bowiem nie wystarcza.

Na łeb na szyję

Dobrym przykładem może być ulica Kusia w bielskich Mikuszowicach. Ta pozbawiona poboczy i chodników lokalna droga biegnie wzdłuż osiedla domów jednorodzinnych. Teraz, gdy na równoległej do niej tranzytowej ulicy Żywieckiej tworzą się korki, wielu kierowców wybiera właśnie ją jako mniej zatłoczoną alternatywę. A że na kilkusetmetrowym odcinku ulica jest prosta, a jej nawierzchnię niedawno wyremontowano, samochody gnają tamtędy na łeb na szyję.

Najwyraźniej mało kto przejmuje się ustanowioną tam ?czterdziestką? oraz pieszymi zmuszonymi poruszać się skrajem ruchliwej jezdni. Dlatego też wielu mieszkańców tego zakątka Bielska-Białej właśnie w progach widzi nadzieję na to, że kierowcy wreszcie na ulicy Kusia będą jeździć wolniej. O zamontowanie spowalniaczy zaczęli się starać już ponad dwa lata temu. Jednak progów się jeszcze nie doczekali. Dlatego też z zazdrością patrzą na inne, znacznie mniej ruchliwe osiedlowe drogi, gdzie takowe wyrastają niczym grzyby po deszczu.

Czym kieruje się Miejski Zarząd Dróg, montując na jednych ulicach ?leżących policjantów? - jak niektórzy nazywają te drogowe przeszkody - a na innych nie? Z informacji uzyskanych w MZD wynika, że decyzje podejmowane są w takich sprawach w oparciu o bardzo szczegółowe procedury.

Tylko na lokalnych

Progi zwalniające - usłyszeliśmy - montowane są najczęściej na drogach lokalnych o typowo osiedlowym charakterze i to zazwyczaj tylko tam, gdzie nie ma chodników dla pieszych. Poza tym nie instaluje się ich - z niewielkimi wyjątkami - tam, gdzie kursują autobusy komunikacji miejskiej.

Istnieją także przeciwwskazania techniczne. Progów nie można montować na zakrętach, wzniesieniach itp., czyli wszędzie tam, gdzie kierowcy nie byliby w stanie w porę zobaczyć niebezpiecznej hopki. Także droga w miejscu, gdzie montowany jest próg, musi być dobrze odwodniona, aby wokół nie tworzyły się kałuże. Zimą takie miejsce mogłoby stać się dla kierowców zabójczą pułapką.

Poza tym - tłumaczy Marek Stańco - szef Wydziału Komunikacji bielskiego ratusza - aby zapadła pozytywna decyzja o montażu na danej ulicy progu zwalniającego, nie wystarczy wniosek jednej,  dwu czy nawet kilku osób przy niej mieszkających. Aby sprawa nabrała urzędowego biegu, wniosek taki musi pozytywnie zaopiniować cała lokalna społeczność, na przykład na forum rady osiedla.

Tyle samo za, co przeciw

Okazuje się, że montaż progów ma wśród mieszkańców danej dzielnicy czy ulicy przeważnie tylu samo zwolenników, co przeciwników. Bardzo często progi stają się większym utrapieniem dla tych, którym przyszło żyć w ich pobliżu niż dla mknących drogą kierowców.

 - Zazwyczaj obserwujemy taką prawidłowość. Gdy nawierzchnia jakiejś lokalnej ulicy jest w złym stanie, wszyscy chcą, aby została naprawiona. Gdy to nastąpi, pojawiają się wnioski, aby zamontować tam progi zwalniające, bo nagle pojazdy zaczęły jeździć tamtędy szybciej niż wtedy, gdy droga była dziurawa. Kiedy zamontujemy progi, zaczynają napływać prośby, aby je usunąć bo... zatruwają życie lokatorom pobliskich budynków - mówi Marek Stańco. Hamujące przed, podskakujące na, i przyspieszające gwałtownie po pokonaniu progu auta czynią bowiem taki harmider i wywołują takie drgania, że jest to dla mieszkańców - zwłaszcza nocą - nie do wytrzymania.

Coraz mniej próśb

Poza tym kierowcy wypracowali już sposób jazdy ulicami, na których progi są zainstalowane. Potrafią szybko i sprawnie zwolnić przed progiem, lecz zaraz potem znowu mkną jak szaleni. Stąd też - przyznał Marek Stańco - po wielkiej fascynacji progami wśród mieszkańców bielskich osiedli, jaką można było zaobserwować jeszcze pięć, dziesięć lat temu, obecnie trafia do ratusza znacznie mniej próśb o ich zainstalowanie.

Inna sprawą, że wiele już istniejących progów - skarżą się kierowcy - jest bardzo źle oznakowanych (na zdjęciu), co czyni je wyjątkowo groźnymi. Wjeżdżając na taką niedostrzeżoną w porę przeszkodę z dużą prędkością, można nie tylko uszkodzić zawieszenie auta, lecz nawet stracić życie.

Tekst i foto: Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)