Uczniowie chwycili za łopaty
Wiosną tego roku rodzice uczniów Publicznego Liceum Ogólnokształcącego w Bielsku-Białej rozpoczęli batalię o uratowanie przed zamknięciem szkoły, do której uczęszczają ich dzieci. Udało się im wygrać. Szkoła przetrwała, lecz teraz musieli rozpocząć nową bitwę.
Chodzi o to, by od 1 września licealiści mieli się gdzie uczyć. Okazało się bowiem, że budynek, w którym placówka się mieści, jest w tragicznym stanie technicznym. Właśnie rozpoczął się jego remont. Za pędzle, wiadra, miotły, kielnie i łopaty chwycili wszyscy. Od uczniów i ich rodziców poczynając, a na nauczycielach kończąc. Czy ich wysiłek przyniesie efekt? Problemem są pieniądze, a właściwie ich brak, na sfinansowanie najpotrzebniejszych prac. Nie wszystko da się bowiem wykonać w czynie społecznym.
Publiczne Liceum Ogólnokształcące Witolda Kubika w Bielsku-Białej powstało w 2002 roku, na bazie prywatnej szkoły policealnej założonej znacznie wcześniej, przez tego samego właściciela i zarazem jej dyrektora. Od tego czasu ta prywatna szkoła (lecz z nazwy publiczna i nauka w niej jest darmowa) mieści się w zabytkowym budynku przy ulicy Sobieskiego, dzierżawionym od pobliskiej parafii ewangelickiej.
Szkoła wyróżniała się wśród innych bielskich liceów kameralną, wręcz domową atmosferą. Klasy liczyły nie więcej niż dwadzieścia kilka osób, a w całej szkole kształciło się w latach jej prosperity około 100 młodych ludzi. To zapewniało dobry kontakt uczniów z nauczycielami, a zarazem zapobiegało dość powszechnej w wielkich edukacyjnych molochach anonimowości. W ostatnich latach szkoła zaczęła mieć jednak problemy z naborem uczniów. Istniały już tylko trzy niezbyt liczne klasy (po jednej w każdym roczniku), co powoli pchało tę utrzymującą się jedynie z subwencji oświatowej placówkę na skraj bankructwa.
Bomba wybuchła w lutym tego roku, kiedy to właściciel i zarazem dyrektor szkoły poinformował uczniów, że zamierza placówkę z dniem 1 września zlikwidować. Tym samym na lodzie znaleźliby się uczniowie pierwszej i drugiej klasy, w sumie prawie 40 dzieci. Ich rodzice nie chcieli do tego dopuścić i rozpoczęli starania o uratowanie ogólniaka. O sprawie zrobiło się głośno. - Na nasze szczęście - mówi Elżbieta Ziobro, ówczesna przewodnicząca Rady Rodziców. - Właściciel nie dopełnił pewnych wymogów formalnych i nie mógł, tak jak planował, zamknąć szkoły pierwszego września. Jednocześnie zgodził się przekazać na rok zarząd nad placówką Radzie Rodziców. Tak się też stało. Rodzice powołali do życia stowarzyszenie ?Szkoła na Grodzisku? (trwa proces jego rejestracji), mające w przyszłości zarządzać liceum o tej samej nazwie, które w ciągu najbliższego roku szkolnego ma powstać na bazie dotychczasowego PLO. Szkoła ma być nadal bezpłatna i jak dotychczas kameralna.
Członkowie stowarzyszenia zakasali rękawy, a na efekty ich pracy nie trzeba było długo czekać. - Nabór do szkoły był tego lata tak duży, że udało nam się sformować nie jedną, a dwie pierwsze klasy o bardzo ciekawych profilach nauczania, humanistyczno-fotograficznym oraz turystyczno-lingwistycznym. Cieszyły się one takim zainteresowaniem, że chętnych było więcej niż miejsc i sporo dzieci oczekuje teraz na miejsce na liście rezerwowej - mówi Elżbieta Ziobro, obecnie prezes stowarzyszenia.
Prezes zaznacza przy tym, że stowarzyszenie ma wiele pomysłów na to jak w przyszłości pokierować szkołą. Między innymi jak uczynić ją jeszcze bardziej atrakcyjną dla uczniów, a także skąd pozyskiwać dodatkowe fundusze na jej funkcjonowanie tak, aby subwencja oświatowa nie była jedynym źródłem jej utrzymania. Jest to o tyle ważne, że szkoła, wbrew pozorom, nie jest placówką elitarną i taką ma pozostać. Uczęszczają do niej uczniowie wywodzący się z różnych środowisk i szkoła raczej nie może liczyć w sytuacjach krytycznych na zasobne portfele rodziców. Dlatego dysponuje nawet własną biblioteką podręczników, które są uczniom wypożyczane za niewielką opłatą, aby rodzice nie musieli co roku wydawać fortuny na książki.
Przyszłość ocalonej placówki zaczęła rysować się w różowych barwach, aż tu nagle... - O tym, że przed nadchodzącym rokiem szkolnym trzeba będzie przeprowadzić drobny remont wiedzieliśmy od dawna. Takie były wytyczne sanepidu, który zwrócił uwagę na stan sanitariatów czy podłóg - mówi Iwona Kuś, sekretarz stowarzyszenia. Gdy jednak rozpoczęto prace, okazało się, że ich zakres musi być o wiele większy niż wcześniej planowano. - Wymienić trzeba już nie tylko sanitariaty czy wykładzinę podłogową, lecz należy wyremontować wewnątrz cały budynek, łącznie z sypiącymi się tynkami, starą instalacją elektryczną, nie mówiąc już o wymianie całych podłóg czy zepsutym piecu co. Potrzeba na to około 80 tysięcy złotych, którymi stowarzyszenie nie dysponuje - mówi Kuś.
Do pracy wzięli się więc wszyscy i w miarę możliwości i umiejętności pomagają w remoncie. Prym wiodą uczniowie (w tym byli), którzy mimo wakacji chętnie pojawiają się na placu budowy. Gdy odwiedziliśmy budynek przy Sobieskiego, spotkaliśmy tam między innymi Olę i Luizę (na zdjęciu), które od września rozpoczną naukę w pierwszej klasie. Z zapałem zamiatały resztki zerwanych ze ścian tynków. Jak same przyznały, nikt ich do tego nie zmuszał, a przyszły, bo chcą mieć gdzie się uczyć. Jednak to, że będą mogły usiąść 1 września w szkolnych ławach - patrząc na kompletnie rozbebeszone sale lekcyjne - może budzić wątpliwości.
- Nie mamy innego wyjścia, musimy zdążyć z remontem przed rokiem szkolnym - mówi Elżbieta Ziobro. Nie kryje, że nie wszystko da się wykonać własnymi siłami, a za to, czego się nie da, trzeba zapłacić. Dlatego też członkowie stowarzyszenia proszą, a nawet ?żebrzą? gdzie tylko się da, o jakąkolwiek pomoc materialną. - Pieniądze, materiały budowlane, fachowa pomoc - to wszystko jest nam teraz bardzo potrzebne - dodaje Iwona Kuś. - Nie chcielibyśmy przecież, aby po tym jak udało nam się szkołę uratować przed likwidacją, teraz wszystko rozbiło się o remont.
Tekst i foto: Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)


Klauzula informacyjna ›