Głodówka na nasz koszt
Marnotrawienie publicznych pieniędzy, przedmiotowe traktowanie pacjentów, zła organizacja pracy. To tylko część zarzutów pod adresem Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej. Jego dyrektor nie przyznaje się do winy. Po prostu system trzeba doskonalić.
Nie jest to wyłącznie pojedyncza historia pacjenta, który postanowił nie pozostawać obojętny na przykrą rzeczywistość. To, niestety, powtarzająca się praktyka w ?największym i najbardziej nowoczesnym szpitalu w południowym regionie Polski? - jak można wyczytać na stronie internetowej bielskiej placówki.
Przedzabiegowy stres
Aby zilustrować problem, opiszmy jeden z przypadków. Pacjentka (nazwisko do wiadomości redakcji) została skierowana przez lekarza z poradni urologicznej Szpitala Wojewódzkiego na zabieg endoskopowego usuwania guzka. Udała się na oddział urologiczny, gdzie wyznaczono jej termin zabiegu za miesiąc. W umówionym dniu spakowała tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Planowany zabieg należy do małoinwazyjnych, pacjentka zakładała więc, że pobyt w szpitalu potrwa najwyżej kilka dni.
- W czwartek przyjechałam do szpitala i zostałam przyjęta na oddział urologiczny. W tym dniu pobrano mi krew do badań, wykonano rtg płuc i ekg. W piątek miałam konsultacje z internistą, a ponieważ polecił wykonać dodatkowe badanie, w poniedziałek odbyła się jeszcze jedna konsultacja, po której zostałam zakwalifikowana do zabiegu. Nie powiedziano mi, kiedy zabieg zostanie wykonany. Gdy sama o to pytałam, nikt nie wiedział.
W środę podczas wizyty ordynator oświadczył, że zabieg odbędzie w piątek. W związku z tym - po konsultacji z anestezjologiem - w czwartek pacjentkę zaczęto przygotowywać do zabiegu. Została podpięta do kroplówki i od tego momentu nie mogła już nic jeść, żeby być na czczo. W piątek od rana towarzyszył jej przedzabiegowy stres. Tym większy, im bliżej zabiegu. Wiedziała, że będzie operowana jako ostatnia.
Zeszli z listy oczekujących
Ok. godz. 14, kiedy nikt się po nią nie zjawił, poszła do dyżurki pielęgniarek. Panie nieco zdziwione wizytą oznajmiły, że zespół się rozszedł i żadnych zabiegów w tym dniu już nie będzie. Zdenerwowana pacjentka pomaszerowała do pokoju lekarzy, którzy także nie ukrywali zdziwienia z powodu jej wizyty i stawianych im zarzutów (m.in. braku informacji). Zabieg odbył się w poniedziałek rano - po 12 dniach od przyjęcia do szpitala! Następnego dnia wróciła do domu. W sumie spędziła w szpitalu 13 dni na koszt NFZ, tj. nas wszystkich.
- Przez dwa tygodnie stresowałam się. Po pierwsze, czekającym mnie zabiegiem, a po drugie, niepotrzebnym, przedłużającym się wyłączeniem z życia zawodowego i prywatnego. Do tego dochodzą jeszcze koszty L-4.
Pacjentka podkreśla, że nie chodzi o jej osobisty dramat, lecz o zjawisko. Na oddziale urologicznym rozmawiała z wieloma pacjentami, którzy potwierdzili, że jej przypadek nie jest odosobniony. Pacjenci czekają czasem na ciężkie operacje - już po planowanym przyjęciu na oddział - nawet trzy tygodnie! - W tym czasie żyją w stresie i w dezinformacji. Później okazuje się, że ?zeszli z listy oczekujących na operację w danym dniu?, jak to zostało określone. Bywa, że tak po trzy razy!
Trzykrotna głodówka
W praktyce oznacza to, że trzykrotnie pacjenta ?głodzono?, trzykrotnie podawano mu kroplówkę i trzy razy musiał przeżywać ten sam stres. W tym czasie nie mógł uzyskać przepustki. Jeśli więc rodzina mieszka nieco dalej (do bielskiego szpitala przyjeżdżają pacjenci z całej południowej Polski), to dana osoba jest hospitalizowana bez możliwości kontaktu z bliskimi. Dla wielu osób jest to traumatyczne przeżycie.
- Nie mam zastrzeżeń do obsługi medycznej na oddziale. Lekarze i pielęgniarki robili wszystko co do nich należy. Szkoda tylko, że takie praktyki psują cały wizerunek. Pacjenci czują się traktowani przedmiotowo.
Być może źródłem kłopotów jest brak anestezjologa na oddziale. Dlatego miejscowi lekarze są w gotowości do wykonania zabiegu czy operacji, ale muszą czekać aż na innym oddziale ?zwolni się? anestezjolog. Podobno personel medyczny zwracał się już do dyrektora szpitala z prośbą o rozwiązanie tego problemu - bezskutecznie.
Procedury trzeba doskonalić
- Rozumiem, że szpitale mają ciągły deficyt w budżecie, ale jakby policzyć ile pieniędzy wydaje się na niepotrzebne przetrzymywanie pacjentów, ile kosztuje jedna doba ?leżenia? na oddziale, to myślę, że starczyłoby na niejednego specjalistę.
Zarzuty i tego rodzaju argumentację kategorycznie odpiera dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, Ryszard Batycki. - Wiem, że do szpitala trudno się dostać, ale to ze względu na niskie kontrakty - tłumaczy szef placówki. - Szpital ma określone procedury, które trzeba wykonać przed operacją, a to trwa.
Ale czy przygotowania do prostego zabiegu rzeczywiście muszą trwać dwa tygodnie? Czy procedury są tajne, że pacjent nie bierze w nich udziału? - Szpital ma wystarczającą liczbę anestezjologów. Posiadane przeze mnie informacje wskazują, że nie jest tak źle, jak pani mówi i że skraca się czas oczekiwania na zabiegi i operacje.
Dyrektor Batycki przyznaje, że procedury muszą być wciąż doskonalone. Inna sprawa, że nigdy nie dotarły do niego żadne sygnały na temat potrzeby zatrudnienia dodatkowego specjalisty od znieczulenia na urologii.
Każdy może złożyć skargę
- Planowanie przyjęć należy do ordynatora. Nie powinno być tak, że przyjmuje się pacjenta, który potem niepotrzebnie długo leży, to jest przecież kwestia poszanowania publicznych pieniędzy. Dlatego przyjmuje uwagi do wiadomość i przyjrzę się temu. Przypominam, że każdy pacjent może złożyć skargę do dyrektora.
Przewodnicząca OZZPiP przy Szpitalu Wojewódzkim, Zofia Trelewicz: - Jestem daleka od tego, żeby zarzucać ordynatorowi urologii złą organizację. Aczkolwiek jeżeli są przypadki, że rzeczywiście pacjenci leżą w szpitalu po dwa, trzy tygodnie bez potrzeby, to jest to karygodne i ma bardzo degradujący wpływ na zdrowie psychiczne takich osób.
Przewodnicząca organizacji związkowej zaznacza, że jest wiele sytuacji, w których długi pobyt pacjenta jest uzasadniony, np. w razie potrzeby wykonania dodatkowych badań albo infekcji (wystarczy, że w dzień po przyjęciu do szpitala ktoś dostanie kataru). Ale oczywiście zdarzają się też sytuacje, że zabieg zostaje przesunięty ze względu na brak anestezjologa czy wolnej sali.
- To jest problem całego szpitala. Chcielibyśmy, żeby cały czas wszystkie sale pracowały pełną parą, ale niekiedy się to nie udaje. Jestem pewna, że nie jest to działanie celowe. Ze względów ekonomicznych szpital przecież dąży do skracania czasu pobytu pacjenta.
Magdalena Dydo-Pyrchla
Komentarze 33
No cóż, szczęśliwi którzy nie wiedzą.
Poza tym, głównym tematem tego artykułu, jak zrozumiałam, jest zarzut marnotrawienia przez szpital publicznych pieniędzy, a wtedy działają już zupełnie inne procedury. Czy nie powinny więc, zająć się zbadaniem faktów powołane do tego instytucje.

Klauzula informacyjna ›