Ich dzieła istnieją w tzw. publicznej przestrzeni Bielska-Białej i całego regionu. Oglądają je mieszkańcy, turyści, miasto chwali się nimi. Ale ludzie, którzy je stworzyli klepią prawdziwą biedę. Oto krótka historia małżeństwa bielskich rzeźbiarzy: Barbary i Wiesława Arminajtis, którzy twierdzą, że zostali skazani na ostracyzm.

Pracownia, w której powstały rzeźby stojące dzisiaj na bielskim Rynku: Nepomucen i Neptun, oraz dziesiątki innych wykutych w kamieniu prac znajduje się obok kościoła ewangelicko-augsburskiego w Starym Bielsku. To stara piwnica zaadaptowana przez gospodarzy na miejsce, w którym już od progu czuć twórczy klimat. Ostatnio za erotyczny cykl kamiennych figurek Barbara Arminajtis zdobyła główną nagrodę na przeglądzie artystycznym w Turynie.

Nie stać nas już na nic

Kiedy przekroczyłem próg pracowni, jako pierwszy przywitał mnie stary psiak, a tuż po nim gospodarz, Wiesław Arminajtis. - To urzędnicy z ratusza skazali nas na taki los, w jakim obecnie się znaleźliśmy. Na biedę - mówi z goryczą w głosie Wiesław Arminajtis. - Dlatego, że swego czasu pozwoliliśmy sobie mieć inne zdanie niż prezydent miasta.

Żona pana Wiesława napisała do redakcji dramatyczny w wymowie list z prośbą o pomoc. Podała numer telefonu, ale trudno było z niego skorzystać, bo został wyłączony. - Miał pan szczęście - wzdycha gospodarz. - Rzadko tu teraz przychodzimy, bo nie mamy żadnych zleceń. Ale człowieka ciągnie, aby wciąż tworzyć.

Spoglądam na kamienne figurki nagich kobiet. Wyglądają, jakby spały przykute do skał. - Ma pan oko - uśmiecha się rzeźbiarz. - To jest cykl. Jedna z tych rzeźb zdobyła we Włoszech główną nagrodę. Ale żony nie było stać na podróż po odbiór nagrody. W ogóle nie stać nas już na nic. Może tylko na to, aby przełamując wstyd powiedzieć głośno, jak w tym mieście traktuje się artystów.

Władze nie chcą nowych rzeźb

Nie znam dobrze środowiska rzeźbiarzy, tym bardziej praw rynku, który nimi rządzi. Podejrzewam jednak, że w tym przypadku jest podobnie, jak z literaturą czy dziennikarstwem. Jeśli twórca ma już wyrobioną markę, zdobywa nagrody, jego dzieła zdobią w tym przypadku ulice i place, to jakim cudem nie ma za co żyć? - Prawda jest taka, że rzeźb nie sprzedaje się, jak bułki - uśmiecha się pan Wiesław. - Trzeba znaleźć odbiorcę. Z dawien dawna największym mecenasem były właśnie ośrodki miejskie i kościoły. W Bielsku-Białej byłoby dla nas pełno pracy. W mieście jest co robić i upiększać. Sęk w tym, że nas urzędnicy nie lubią. A zaczęło się właśnie od Nepomucena.

Dowiaduję się więc, że przed laty o rewitalizacji Rynku żona pana Wiesława dowiedziała się z telewizji. Napisała wtedy do Urzędu Miejskiego, że razem z mężem chętnie podejmie się pracy nad Nepomucenem i Neptunem. - Przez dłuższy czas nie było żadnej odpowiedzi - wspomina mój rozmówca. - W końcu dowiedzieliśmy się w ratuszu, że władze nie chcą żadnych nowych rzeźb, bo są stare w pobliskiej katedrze i w razie czego miasto je odkupi od kościoła.

Pech jednak chciał, a może było to szczęście, że do pracowni Arminajtisów zapukał pewnego dnia przedstawiciel firmy, która na zlecenie UM zajmowała się pracami rewitalizacyjnymi na Rynku.

Było to doprawdy takie małe

 - Oni chcieli dwie nowe rzeźby: Nepomucena i Neptuna, zgodnie z tym, jak kiedyś wyglądał Rynek - mówi pan Wiesław. - Mieli na to pieniądze z Unii Europejskiej i podpisaliśmy umowę. To był początek naszych kłopotów. Gdy w ratuszu dowiedziano się, że jednak będziemy wykonywać rzeźby, za wszelką cenę chciano storpedować nasze prace. Ostatnim aktem był brak zaproszenia nas, jako autorów, na otwarcie odnowionego Rynku. Było to doprawdy takie małe?

W każdym razie dziwne. Od tamtej pory małżeństwo artystów rzeźbiarzy czuje się w swoim mieście zupełnie niedoceniane przez jego władze. - Jeśli już coś wykonujemy, to z reguły na zlecenia innych gmin - dodaje rzeźbiarz. - To smutne, bo wolelibyśmy upiększać nasze miasto.

Rzecznik prasowy Ratusza, Tomasz Ficoń. - Najprościej mieć pretensje do urzędu. Przecież nas obowiązują procedury, przetargi, itd. Każdy może w nich wziąć udział, jeśli czuje się na siłach. Co do historii z zaproszeniem na otwarcie Rynku, to podwykonawców zaprasza z reguły wykonawca, którym urząd przecież nie był.

xxx

Obecny los artystów rzeźbiarzy nie napawa optymizmem. Dzisiejsza rzeczywistość zostawia podobnych ludzi samym sobie, o ile nie mają talentu do własnej promocji, nie rozpychają się łokciami, nie idą z nurtem aktualnie obowiązujących trendów czy też nie kłaniają się władzy. Warto jednak wiedzieć, że tacy ludzie wciąż są wśród nas. Do tematu wrócimy.

Tekst i foto: Krzysztof Oremus