Mieszkańcy Bielska-Białej do dziś z łezką w oku wspominają czasy, gdy wełniana nić była żyłą złota tego miasta. Prześledźmy historię bielskiej wełny i tego co po niej pozostało, mając za przewodnika dra inż. Józefa Ćwiertkę, jedną z osób, która na wełniarstwie zna się jak mało kto.

?Dramat?, ?katastrofa?, ?totalny upadek?, ?klęska? - takich słów używają mieszkańcy pytani dziś na ulicach miasta o pierwsze skojarzenie ze słowami: ?przemysł wełniarski w Bielsku-Białej?. Mało kto odpowiada nawet ?historia?, chociaż podpytywani dalej, też coś o niej wiedzą. Wielu z pytanych przez lata pracowało w zakładach przemysłu włókienniczego, których dziś już nie ma na mapie miasta. Wielu miało pracę w firmach współpracujących z tymi zakładami, produkujących maszyny włókiennicze, część szkoliła przyszłych pracowników. Welux, Wega, Bielska Dzianina, Befama - dziś są z jednej strony symbolem dawnych sukcesów miasta, z drugiej - synonimami słowa ?katastrofa?.

Sukiennicy tworzyli historię miasta od dawien dawna. Etapy rozkwitu bielskiego sukiennictwa to okres wojny 30-letniej, następnie przywilej króla Jana Kazimierza nadany bielszczanom w 1660 roku, który ułatwiał zbyt sukien na terenie całej Rzeczypospolitej. Później duży rozkwit sukiennictwa w Bielsku wiążący się z okresem wojen napoleońskich, a to z uwagi na zamówienia ze strony wojska oraz wyłączenie konkurencji angielskiej. W tych zamierzchłych czasach stopniowo wzrastała jakość wełny, wprowadzono farbowanie tkanin. To wszystko jednak prahistoria włókiennictwa, po której pamiątką pozostał dziś drewniany Dom Tkacza.

Praca i podatki

Znawcy historii za kluczową dla rozwoju bielskiej wełny datę uznają rok 1806. Wtedy miało swój początek uprzemysłowienie produkcji wełny tak na świecie, jak i w Bielsku. Wróćmy do naszego przewodnika po temacie - inż. Józefa Ćwiertki i treści jego niedawnego wykładu w Książnicy Beskidzkiej na temat wełniarstwa i splotu wełny z historią miasta.

W połowie XIX wieku powstała na terenie Bielska pierwsza fabryka maszyn. Założył ją Gustaw Josephy senior, później przejął ją jego syn, również Gustaw. To on stał się twórcą potęgi zakładu, znanego przed I wojną światową w całej Europie jako przodująca fabryka maszyn wełniarskich i przynoszącego rozgłos miastu.

Do I wojny światowej na terenie Bielska funkcjonowało ok. 70 zakładów bezpośrednio związanych z przemysłem wełniarskim. A więc większość funkcjonujących wtedy w mieście zakładów miała związek z wełniarstwem. Mało komu przyjdzie dziś na myśl, że na przykład wełnie zawdzięczali ówcześni bielszczanie wybudowanie w mieście fabryki mydła. Dlaczego? Ponieważ przy produkcji wełny było duże zapotrzebowanie na mydło i fabrykanci zamiast sprowadzać ten towar sprawili, że jego wytwórnia powstała na miejscu. Podobnie było z całym szeregiem zakładów czy rozwiązań technologicznych, na pierwszy rzut oka z wełniarstwem niezwiązanych. 

Po pierwszej wojnie światowej władze państwa ani włodarze miasta nie ingerowali w sektor produkcji. Nikt nie sprawdzał czy fabrykanci to Polacy, Niemcy, Żydzi czy Austriacy. Prowadzono politykę opierającą się na zasadzie: ?pracujcie, dawajcie pracę innym i płaćcie podatki?. Dzięki temu w okresie międzywojennym Bielsko było jednym z najbogatszych miast w Polsce! Kwitł zarówno eksport, jak i handel na rynku wewnętrznym, a zapotrzebowanie na bielską wełnę było ogromne.

Bez kominów

Po drugiej wojnie światowej zakłady upaństwowiono. Większe, poza właścicielem, zmieniły też nazwę i tak np. Josephy stał się Befamą. Mniejsze skomasowano w 11 większych państwowych przedsiębiorstw. Wełna nadal była w cenie, a zapotrzebowanie na nią było wówczas tak ogromne, że w produkcji wprowadzono system 3-zmianowy. Do miasta zaczęły napływać rzesze ludzi szukających tu zatrudnienia. To odbiło się na kształcie miasta - budowano nowe osiedla, zmieniał się cały wizerunek Bielska-Białej. W latach 50. powstała elektrociepłownia i z pejzażu miasta zniknęły kominy, które wcześniej dymiły nad każdym zakładem. Wybudowano oczyszczalnie ścieków, dzięki czemu rzeka Biała nie była już zanieczyszczana jak wcześniej przy farbowaniu tkanin. Lata 70. przyniosły kolejne zmiany - wyprowadzanie zakładów na obrzeża miasta, dalszy rozwój budownictwa mieszkaniowego.

W czasach PRL-u zjednoczono przemysł włókienniczy w całym kraju. Jego stolicą była Łódź, ale zarządzała północą kraju, natomiast Bielsko-Biała stało się wełniarską stolicą południowej połowy Polski. Owocem tego było powstanie Instytutu Wełniarskiego, utworzenie filii Politechniki Łódzkiej.  Jak wspomina Józef Ćwiertka, południowa część wełniarskiej Polski znacznie lepiej radziła sobie w handlu z zagranicą. Ok. 30 procent eksportu szło na rynki Zachodu, Bliskiego Wschodu, Korei Południowej. To przynosiło dewizy i wpływało na rozwój miasta. Poza tym - co według naszego eksperta najważniejsze - Bielsko-Biała oprócz wełny eksportowało też myśl techniczną. Linie produkcyjne w tak rozwiniętych krajach jak Belgia przez lata funkcjonowały na licencji Befamy! Było to chlubą dla miasta, bowiem informacje o tym szły na cały świat, docierając nawet do Japonii.

Wyparta wełna

Wejście gospodarki wolnorynkowej rozłożyło bielskie wełniarstwo na łopatki. Ale nie tylko to, co podkreśla Józef Ćwiertka. W całej Europie, na całym świecie nastąpił spadek zapotrzebowania na wełnę. Syntetyki i tańsze materiały np. bawełna, od lat wypierały wełnę, która z czasem stała się towarem bardziej luksusowym. Z kilkudziesięciu procent, w jakich wełna wypełniała cały sektor tkanin kilkadziesiąt lat temu, dziś pozostało jedynie 1,7 proc. - konkretyzuje Józef Ćwiertka. Do tego doszła ekspansja produktów z Chin, Indii i innych państw azjatyckich. Nie dość, że tamten region zalewa świat tańszymi materiałami, to kraje te brylują też w produkcji wełny. Nowe technologie, cienka przędza, a do tego tania siła robocza sprawiły, że wełniarstwo zniknęło z całej Europy.

Czy pozostały nam tylko wspomnienia? Oby nie! Pozostaje coś więcej, coś co zauważali ludzie odwiedzający Bielsko-Białą jeszcze w czasach dawnego ustroju. Dyscyplina, porządek i solidna praca, czyli wpajana kolejnym pokoleniom tradycja wełniarska - to zdaniem Józefa Ćwiertki najcenniejsza pamiątka po czasach, gdy Bielsko wełną stało. Pompatycznie można by to nazwać etosem pracy, ale nie o wielkie słowa tu chodzi. Prawdopodobnie nie uda się odbudować ani w Bielsku, ani w całej Europie pozycji wełniarstwa sprzed 100, 50, czy nawet 25 lat. Nowe rynki nie pozwolą na to. Niech pozostanie etos, który był wyróżnikiem stolicy Podbeskidzia, co podziwiały osoby odwiedzające nieistniejące już dziś zakłady przemysłowe.

Józef Ćwiertka od lat postuluje coś jeszcze: budowę pomnika ludzi bielskiej wełny, upamiętniający wszystkich związanych z przemysłem włókienniczym na przestrzeni stuleci - Polaków, Żydów, Niemców, obywateli Austro-Węgier.

Marcin Kowalski (Kronika Beskidzka)