Jak co roku wiosną jedni ruszyli do wypalania traw, a drudzy do ich gaszenia. Strażacy śląscy mają po 400 interwencji dziennie. Idą na nie pieniądze z naszych podatków. Jednocześnie w lasach państwowych zamiast walczyć o ich bogactwo wydawane są miliony na ochronę przed szkodnikami z zapałkami w ręce.

Mimo że wypalanie łąk i nieużytków jest nielegalne i prawnie zabronione licznymi przepisami, a także wiąże się z sankcjami karnymi, jak areszt, grzywna, to nie odstrasza podpalaczy. Jeśli przynajmniej umieją liczyć pieniądze - powinni wziąć pod uwagę straty, do jakich doprowadzają.

Koszty ochrony przeciwpożarowej w dyrekcji katowickiej LP w roku 2006 wynosiły około 6,5 mln zł, w tym patrolowanie z trzech samolotów i trzech śmigłowców do gaszenia pożarów to około 2,5 mln zł.

Tylko do wypaleń strażacy w województwie śląskim wyjeżdżali w 2005 roku aż 9,3 tysiąca razy! To rodzi nieprawdopodobne wręcz koszty, pokrywane z naszych kieszeni. Strażacy tracili sprzęt, odzież. Wyjazd 11,7 tys. samochodów, palących po 20 litrów na godzinę pracy, pochłonął 150 tysięcy litrów paliwa. Dojazd do łąk i gaszenie ich pochłonęło 5,5 tys. godzin pracy strażaków. W sumie 59.615 strażaków brało udział w takich akcjach przez 312 dniówek. Zużyto 14,3 mln litrów wody, za którą zapłaciły gminy utrzymywane z naszych podatków.

Swój rachunek chętnie wystawiliby wypalaczom także leśnicy: w 2006 r. stracili w regionie 111,5 ha lasów, a podpalenia stanowiły 47 proc. przyczyn powstania pożarzysk. Koszt odnowienia jednego hektara pożarzyska to 5 tys. zł. "Rekordzistów" o najwyższej liczbie pożarów w lasach odnotowano w Gidlach, Chrzanowie, Kobiórze, Złotym Potoku, Świerklańcu, Siewierzu, Herbach.
Źr./ Dziennik Zachodni /