Na bielskich cmentarzach przedświąteczne ożywienie. Pielęgnujemy groby naszych bliskich. Kolorowe chryzantemy są jednak prawie nieobecne, na niewielu grobach palą się świeczki. Powód jest prosty. - Ludzie boją się złodziei. Przecież nie będą trzy razy kupować kwiatów, bo ich na to nie stać - mówi Joanna Talik z kwiaciarni przy cmentarzu parafialnym św. Mikołaja.
O pladze przedświątecznych kradzieży na cmentarnych mówią osoby pracujące w kwiaciarniach i handlujące na ulicy. U jednych i drugich na trzy dni przed dniem Wszystkich Świętych ruch jest niewielki. Kupujących zniechęcają pogoda, ale przede wszystkim złodzieje, którzy panoszą się na wszystkich cmentarzach.
- Ludzie nie chcą kupować na zapas, bo się boją złodziei. Ruch zacznie się prawdopodobnie dopiero w czwartek rano. Małżeństwo, które spotykamy na cmentarzu parafii Mikołaja potwierdza: - Wszystkie kwiaty, ozdoby i znicze położymy na grobach dopiero w środę wieczorem i czwartek rano. Wcześniej ktoś zdążyłby pewnie ukraść - mówią.
Jedni kradną, później kwiaty przenoszą na groby swoich bliskich, inni, żeby sprzedać towar.
- Przychodzi potem taki do mnie i powie, że mam drogie chryzantemy. Pani ma po 12 złotych, a u mnie są po 4 zł - złości się Maria Raczek z sklepu na cmentarzu Mikołaja. Można w nim dostać wszystko, od gumowych rękawiczek, po tysiące gatunków zniczy i świeczek. W donicach na zewnątrz czekają piękne kwiaty za 10, 13 i 14 złotych. Ceny zróżnicowane, wszystko zależy od wielkości. Znicze można kupić od 1,5 złotego do kilkunastu. Nowością są ogromne wazony z miejscem na znicz po 38 złotych, a także "szkło warszawskie", bardziej wytrzymałe i drogie.
Sprzedawcy w kwiaciarniach, zarówno w centrum miasta, jak i przy cmentarzach, narzekają, że klientów zabierają im sprzedawcy uliczni. Ci bronią się mówiąc, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Mężczyzna w sile wieku opowiada, że najpierw musiał wygrać przetarg, żeby móc zacząć handlować na ulicy przed cmentarzem, a potem zapłacić. Skarży się, że codziennie przychodzi inkasent i zbiera 11 zł od każdego metra powierzchni handlowej.
- Dzisiaj udało mi się utargować ledwie 30 zł. Gdybym miał zapłacić inkasentowi, musiałbym dopłacać do interesu. Zbuntowałem się i nie płacę. Pytałem o to w Urzędzie Miejskim i strażników miejskich. Powiedzieli, że nie muszę - opowiada. Nie chciał podać swojego nazwiska.
/naszemiasto.pl/