Policja i prokuratura w województwie śląskim nie otrzymały żadnych zgłoszeń na temat nieprawidłowości w pogotowiu. Śląskie pogotowie nie używa też pavulonu.
Taką informację przekazali w czwartek wojewodzie szef prokuratury okręgowej w Katowicach oraz dyrektorzy stacji pogotowia ratunkowego. Zapewnili też, że wszystkie sygnały o handlu zwłokami będą wnikliwie badane.
- W tej chwili nie prowadzimy żadnego postępowania przygotowawczego w tego typu sprawach - zapewnia komisarz Magdalena Zielińska, rzeczniczka śląskiej policji. Mieczysław Kluk, śląski komendant wojewódzki, polecił jednak policjantom całego garnizonu, by wzmogli czujność. - Zapewniam, że będziemy sprawdzać każde zgłoszenie o podobnym przypadku - podkreśla komisarz Zielińska.
W śląskich stacjach pogotowia ratunkowego nie używa się też pavulonu - silnego leku prowadzącego do zwiotczenia mięśni, który miał być używany w pogotowiu w Łodzi do uśmiercania chorych. Według naszego Inspektoratu Farmaceutycznego zużycie tego leku drastycznie u nas spadło: w 2000 r. w województwie wykorzystano 119 opakowań pavulonu, a w 2001 r. tylko 24.
- Używamy innych środków zwiotczających, które są pod ścisłą kontrolą - zapewnił Janusz Kamiński, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego. Potwierdził, że wie o naciskach firm pogrzebowych na pracowników pogotowia. - Próbują korumpować tych, którzy mało zarabiają, czyli kierowców albo sanitariuszy. Kupują im na przykład komórki - mówi. - Kilkakrotnie wydałem zarządzenia zabraniające takiej współpracy. Zwolniono z tego powodu trzy osoby, kilkadziesiąt razy odebrano pracownikom premie. W tej chwili to marginalne zjawisko, ale całkowicie nie da się go wykluczyć.
Z kolei dyrektor rejonowego pogotowia w Sosnowcu Bernard Dobrosz twierdzi, że podległe mu stacje są podsłuchiwane przez zakłady pogrzebowe. - To stąd biorą się sytuacje, w których karawan pojawia się tuż po pogotowiu - tłumaczy. Zapytany, czemu nie zgłosił tego wcześniej policji, odpowiedział, że nie miał wystarczających dowodów.
/gazeta.pl/