Wycieczkę wykupiliśmy w kwietniu. Dzień przed wyjazdem skontaktowali się z nami pracownicy biura podróży. Usłyszeliśmy od nich, że godzina wyjazdu została przesunięta z 14.00 na 16.00. Dowiedzieliśmy się także, że pojedziemy trochę zmienioną trasą. Zamiast jechać prosto na Pulę w Chorwacji, mieliśmy zahaczyć o włoskie Bibione - denerwuje się para, która w niedzielę wróciła z tygodniowych wczasów na północy Chorwacji. Młodzi ludzie cieszą się, że wrócili do kraju cali i zdrowi.
Kupując wycieczkę przed trzema miesiącami, dostali do ręki proponowaną trasę przejazdu, która wiodła przez Cieszyn, Znojmo, Wiedeń, Graz, Klagenfurt, Kranj, Lubljanę i Postojnę. Nad lazurowym Adriatykiem mieli być przed południem. Tymczasem nie dość, że turyści wyjechali dwie godziny później niż pierwotnie planowano, to zahaczyli jeszcze o Włochy. Na miejsce przyjechali przed 21.00. Dzisiaj skarżą się, że przewoźnik autokarowy ukradł im 12 godzin pobytu. Narzekają także na pracę kierowców.
- Na autostradzie w Austrii nagle jeden z kierowców zaczął zjeżdżać na pobocze. Ludzie w autokarze zaczęli krzyczeć, dopiero wtedy prowadzący jakby obudził się z letargu. Pod koniec trasy inny z kierowców nie był w stanie sam zmieniać biegów, dlatego pomagał mu w tym kolega. Kiedy wyjeżdżaliśmy z kraju, w biurze turystycznym powiedzieli nam, że dla bezpieczeństwa dokładają nam jednego kierowcę. Co z tego, że mieliśmy trzech prowadzących, skoro działy się takie rzeczy? Najgorsze było jednak to, że po przyjechaniu na miejsce kierowcy wzięli prysznic i po godzinie ruszyli z turystami z powrotem do Polski. To skandal! Niespodzianka czekała na nas także w drodze powrotnej. Wracaliśmy busem, o którym trudno powiedzieć, że jest autokarem klasy LUX - wściekają się młodzi z Czechowic.
Wczasy wykupili w jednym z bielskich biur podróży. Z naszych informacji wynika, że z uwagi na małe zainteresowanie zawiesiło ono na jakiś czas kursy na Pulę. Bielszczanie zwrócili się do biura z Katowic. To przystało na propozycję zabrania części turystów bielskiej firmy, ale pod warunkiem, że najpierw zostaną zawiezieni goście do Włoch.
Jerzy Kosiński z Beskidzkiej Izby Turystyki mówi, że po ostatnich wypadkach polskich autokarów na Węgrzech, w Austrii i Rumunii zapanowała panika. Wspomina, że dochodzi do bardzo dziwnych sytuacji. Przed kilkoma dniami jedno z katowickich biur podstawiło na parking nowy autokar. Zanim jednak ruszył w trasę, został sprawdzony przez... różdżkarza, sprowadzonego przez jednego z pasażerów. Nie mieli szczęścia uczestnicy wycieczki do Szczecina. Tam ich autokar został skontrolowany przez policję i uznany za niesprawny. Kolejny patrol policji orzekł jednak, że można nim jechać. Biuro w tym czasie zdążyło wysłać na północ nowy pojazd.
Telefon w Beskidzkiej Izbie Turystyki w Bielsku dzwoni codziennie kilkadziesiąt razy. Ludzie chcą sprawdzić biuro, z którym planują wybrać się na wczasy czy wycieczkę.
- Jeśli ktoś jest kiepski, to go nie przyjmujemy lub wykluczamy z członkostwa. W tym roku nie było poważniejszych skarg na biura zrzeszone w BIT - zaznacza Kosiński.
Do Beskidzkiej Izby Turystyki w Bielsku należy prawie 100 podmiotów świadczących usługi turystyczne, w tym 40 biur podróży.
/naszemiasto.pl,DZ/