Niedawno pisaliśmy o tragicznym losie mieszkańców Bielska i Białej w styczniu i lutym 1945 roku, gdy Bielsko z różnych powodów opuściła ponad połowa mieszkańców (Historia pisana krwią). Władze zdecydowały wtedy, że będą sprowadzać repatriantów z Kresów Wschodnich, które po wojnie już nie należały do Polski. Badając dzieje naszego miasta, dotarliśmy do jednej z wielu rodzin w Starym Bielsku, pochodzących z tamtych terenów.
 
Weronika i Albin Bojanowicz mieszkają w dwurodzinnym domu. Mimo podeszłego wieku, nadal pielęgnują ogromny ogród i sad, w którym owocuje wiśnia przywieziona z Kresów. Hodują kury i pomagają synowi w prowadzeniu własnej firmy. Pomogli córce wybudować dom, dzięki czemu również mieszka w Starym Bielsku. Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa byli jeszcze dziećmi. Wiosną 1945 roku przyjechali do Bielska jako dorastający nastolatkowie. Albin miał czworo rodzeństwa, a Weronika pięcioro. Trudno jest im opowiadać o 1945 roku, gdy ich rodzice byli zmuszeni zostawić cały swój dotychczasowy dobytek.
 
Odnalazł rodzinę w transporcie
 
 - W 1944 roku miałem 17 lat. Pochodzę z wielokulturowego miasteczka Dunajów, niedaleko Lwowa, które w czasie wojny doświadczyło wielu tragicznych wydarzeń. Mój ojciec walczył w czasie pierwszej wojny światowej i w 1918 roku. Podczas drugiej wojny światowej moi rodzice ukrywali żydowską rodzinę, narażając własne życie. Pamiętam, że jeszcze trwała wojna, a już powstał Komitet Repatriacyjny, który organizował wyjazdy Polaków z Kresów - opowiada Albin Bojanowicz. - W 1944 wraz z moją najstarszą siostrą Heleną wyjechałem do Polski. Zamieszkaliśmy w miejscowości Krasne koło Rzeszowa. Aż do wyzwolenia w lipcu 1944 roku pracowałem w niemieckiej fabryce silników do samolotów.                                                    

Następnie otrzymał pracę przy budowie mostów w brygadzie remontowej przy Wojsku Polskim. Niecały rok później, w czerwcu 1945 roku pojawiły się informacje, że nadjeżdża kolejny transport z Kresów i najprawdopodobniej w tym pociągu jest jego rodzina. - Odnalazłem moich rodziców, kiedy pociąg jadący do Bielska zatrzymał się w okolicach Rzeszowa. Pamiętam, że wszyscy byli wymęczeni wielotygodniową podróżą w nieludzkich warunkach - wspomina Bojanowicz. - Tata obiecał, że po mnie przyjedzie, jak tylko znajdą dom w Bielsku. Nastąpiło to dopiero po miesiącu, bo najpierw pojechali w okolice Wrocławia, a potem wrócili do Bielska.
 
Po przyjeździe do Bielska, Albin dowiedział się, że jego ojciec zajął maleńki, walący się dom, bo był przekonany, że niedługo powróci z rodziną na Kresy. Dzielili go z jego właścicielką, Niemką w podeszłym wieku. - Bardzo chciałem dalej się uczyć. Poszedłem do szkoły dla dorosłych w budynku dzisiejszego Liceum Ogólnokształcącego im. Kopernika. Gromadzili uczniów w różnym wieku w jednej klasie. Aby się kształcić, trzeba było sobie najpierw zorganizować coś na kształt szkoły. Wszystkiego brakowało - światła, opału, zeszytów, ołówków. Pisaliśmy na białych częściach druków niemieckich.
 
Strach przed sołdatami
 
Szkoła zajmowała jedno piętro, a na parterze stacjonowali żołnierze Armii Czerwonej. Ich obecność była dla uczniów gehenną. Sołdaci włamywali się do klas i wypijali płyny z preparatów do nauki biologii. W piecu palili drzwiami i parkietami. Nocami uczniowie musieli więc na zmianę czuwać w sali, żeby nie dostali się do niej Rosjanie.
                                               
 - W tej szkole był też rosyjski szpital wojskowy. Pamiętam, że na dziedzińcu leżał stos poodcinanych rąk i nóg, po których chodziły szczury. Musieliśmy sami je wywozić i zasypywać wapnem. W 1945 roku nauczyciele i program nauczania były takie same, jak przed wojną. Represje zaczęły się ok.1949 roku od nagonki na Kościół. Któregoś dnia przyszliśmy rano do szkoły, a tu zdjęli nam wszystkie krzyże z sal. Nie mogliśmy tego zrozumieć. Z tamtego okresu szczególnie pamiętam naszego polonistę, profesora Zygmunta Lubertowicza. To był wspaniały człowiek. Miał posłuch u młodych, więc nowe władze kazały mu przemawiać w auli i przekonywać nas do zapisywania się do komunistycznej młodzieżówki - dodaje Albin Bojanowicz.
 
Lubertowicz najpierw powiedział co mu kazali, a potem dodał od siebie, że „Współpraca współpracą, ale my Polacy już dobrze wiemy, że możemy liczyć tylko na siebie”. Uczniom bardzo się to podobało, ale od tamtej pory profesor miał problemy z władzą. Albin zaliczył maturę w 1949 roku. Potem skończył szkołę oficerską. W 1952 roku ożenił się z Weroniką Kamińską, którą znał od kilku lat.
 
Ojciec walczył o niepodległość
 
Weronika Bojanowicz (z domu Kamińska) była jedną z najstarszych sióstr spośród sześciorga rodzeństwa i w czasie wojny opiekowała się młodszymi. - Pochodzę z miejscowości Wicyń, którą w większości zamieszkiwali Polacy. Mój ojciec, Franciszek Kamiński miał 18 lat, gdy jako ochotnik wstąpił do wojska, aby w 1918 roku walczyć o niepodległość Polski. Dzięki temu miał zieloną kartę wojskową i w 1939 roku przygotowywał nas na to, że w każdej chwili może otrzymać powołanie do WP - wspomina Weronika Bojanowicz.
 
Dokument o powołaniu spóźnił się o jeden dzień. Nadszedł zaraz po 17 września, kiedy wojnę z Polską rozpoczęli także Sowieci. Weronika Bojanowicz dobrze wspomina przedwojenne życie w Wicyniu. - Wieczorami przychodzili do mojego ojca przyjaciele i dyskutowali o aktualnej sytuacji w kraju, kulturze, polityce. Dzieci bawiły się wtedy pod stołem. Czasem żartuję, że my też tam politykowaliśmy. Mieliśmy w domu sporą bibliotekę, rodzice regularnie czytali prasę. Kiedy rozpoczęły się przesiedlenia, musieliśmy zostawić cały nasz dobytek.
 
Rodzina Kamińskich dojechała do Bielska 12 maja 1945, po wielotygodniowej, wyczerpującej podróży. - Miałam wtedy 14 lat. Z dworca głównego szliśmy pieszo do Starego Bielska. Powiedziano nam, że tam jest wiele pustych domów po Niemcach i żeby każdy znalazł jakiś dla siebie. Moi rodzice znaleźli jeden, bez drzwi i okien, bo ktoś ich użył na opał.
 
Wspólnie z bielskimi Niemcami
 
Wkrótce przyszła do nich Niemka z nastoletnią córką. Okazało się, że to jej dom. Nie mieszkały w nim dlatego, że wraz z innymi kobietami niemieckimi ukrywały się przed Rosjanami. Jej mąż i syn byli jeszcze wtedy na wojnie.
 
 - Moi rodzice przyjęli je z otwartymi ramionami. Tata powiedział, że dobrze wie, co to znaczy wychodzić z własnego domu i stracić cały dobytek. Przez kilka miesięcy żyliśmy z nimi, jak rodzina. Wybrały sobie pokój, w którym zamieszkały. Pomagały nam poznać, co i gdzie jest w tym domu. Razem gotowaliśmy, dzieliliśmy się jedzeniem. Mamie udało się przywieźć z Kresów jakieś zapasy, a one głodowały, bo nie miały nic. Kiedy przesiedlano Niemców, zabrano je wraz z innymi ze Starego Bielska i zgromadzono w hotelu President. Nosiliśmy dla nich obiady, bo Rosjanie przez wiele dni nie dawali im jedzenia ani picia. Rodzice zawsze uczyli nas, że każdemu trzeba pomagać, niezależnie od narodowości - mówi ze wzruszeniem Weronika Bojanowicz.
                                               
Zaraz po przyjeździe Franciszek Kamiński zapowiedział swoim dzieciom, że stracili wszystko, więc muszą się uczyć i zdobyć zawód, żeby sobie poradzić w nowej sytuacji. Dlatego już 14 maja 1945 zapisał je do szkoły w Starym Bielsku.
 
Trzeba zobaczyć człowieka
 
 - Nauczyciele kazali nam przynieść zeszyty, w których pisaliśmy w Wicyniu i dalej uczyliśmy się z nich według przedwojennych programów. Miejscowi chodzili wcześniej do niemieckiej szkoły i mieli problemy z językiem polskim. My pięknie mówiliśmy i pisaliśmy. Pamiętam, że pewnego razu koleżanka poprosiła, żebym ją nauczyła spowiadać się po polsku. Akurat zbliżały się rekolekcje i bała się, że ksiądz jej nie zrozumie. Wielu uczniów odpisywało też ode mnie na dyktandach - wspomina z uśmiechem pani Weronika.
 
Po ukończeniu tej szkoły, Weronika Bojanowicz dostała się do Gimnazjum Krawieckiego przy obecnej ul. Osuchowskiego. Uczennice musiały wysprzątać budynek, żeby się w nim uczyć. Okazało się, że w piwnicach było wcześniej więzienie i pozostały po tym tragiczne ślady. Zanim zaczęła pracować zawodowo, zdobyła tzw. małą maturę i skończyła Technikum Handlowe.
 
 - Jako dziecko w czasie wojny widziałam wiele sytuacji, których nigdy nie powinnam była zobaczyć. Dlatego wolę mówić o dobrych rzeczach niż o złych. Mój brat należał do Armii Krajowej i też wiele przeżył, bo wojna prowokowała najgorsze zachowania. Wszyscy ludzie są tak samo ważni, niezależnie, czy to Polak, Niemiec czy Żyd. Najważniejsza jest skromność i to, żeby w każdym widzieć człowieka.
 
Agnieszka Pollak-Olszowska