Z Robertem Talarczykiem, dyrektorem Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, rozmawia Robert Kowal
 
Czy bielski teatr dobrze sobie radzi w obecnym kryzysie finansowym?
 
 - Radzi sobie, choć nasz budżet jest niższy od ubiegłorocznego. W minionym sezonie wyprodukowaliśmy siedem premier. Były to kosztowne przedsięwzięcia, szczególnie „Amadeus”. Aby zachęcić widza do wizyty w teatrze, stosujemy różne zachęty i pomimo kryzysu, widz do nas przychodzi.
 
Błąd statystyczny w księgach
 
Czy w czasach, gdy zarabianie pieniędzy jest sztuką, czuje się Pan artystą w roli dyrektora teatru?
 
 - Jestem artystą z wykształcenia i zamiłowania. Będąc dyrektorem tej sceny, czyli od siedmiu lat, pracuję też jako buchalter. Gdybym nie umiał dbać o proporcje, gralibyśmy tylko komedie i farsy. Wynik finansowy teatru pewnie byłby lepszy, lecz o bielskiej scenie dramatycznej nie byłoby tak głośno w kraju, jak jest obecnie dzięki takim spektaklom, jak „Miłość w Königshütte” czy „Zbrodnia”, która została uznana za najlepszy spektakl Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
 
Po ostatniej kontroli w Teatrze Polskim, prezydent miasta nakazał dyrekcji usunięcie kilku niedociągnięć o charakterze finansowym. Marnujecie pieniądze publiczne?
 
 - To były niewielkie zastrzeżenia. Zapewniam, że inne instytucje kultury miewają znacznie większe kłopoty finansowe. Nasze niedobory mają wielkość błędu statystycznego.
 
Który z bohaterów „Amadeusa” jest Panu bliższy: Mozart czy Salieri?
 
 - Jestem wciąż niezadowolony z siebie jako artysta. Gdy pracowałem nad tą sztuką wydawało mi się, że rozumiem niemoc twórczą Salieriego, jego rozterki duchowe, walkę z Bogiem o rząd dusz i diabelską potrzebę bycia docenionym. Mogłem zapomnieć o roli buchaltera, ale na luksus bycia geniuszem możemy sobie pozwolić przez chwilę. Później trzeba wrócić do rzeczywistości, by sprawdzić, czy kasa się zgadza i czy widzowie aprobują kolejną premierę. Póki co, zagraliśmy „Amadeusa” pięć razy przy pełnej sali i owacjach na stojąco. A na kolejne spektakle zapraszamy 8, 9 i 26 września.
 
Przedsiębiorstwo teatralne
 
W ub.r. Teatr Polski otrzymał z gminy dotację w wysokości 3,3 mln zł, a Teatr Lalek Bianialuka nieco ponad 2 mln zł. Tymczasem przedstawienia Banialuki miały większą widownię niż spektakle w Pańskim teatrze. Granie dla dzieci, to lepszy biznes teatralny?
 
 - Trudno porównywać teatr dla dzieci ze sceną dla dorosłych. Przedstawienia „Banialuki” są kierowane z reguły do widowni szkolnej i grane przed południem często dwa razy z rzędu. My natomiast musimy ciężko zapracować na widza podczas spektakli wieczornych. I zatrzymać go w teatrze na prawie trzy i pół godziny, jak to się dzieje w przypadku „Amadeusa”.
 
Prawie 40 proc. budżetu Teatru Polskiego stanowią dochody własne. Zarabiacie na sprzedaży biletów na przedstawienia i programów, na wypożyczaniu kostiumów, usługach reklamowych, wynajmie sceny głównej i innych pomieszczeń, a nawet samochodu. Kto zasługuje na większe brawa: artyści czy bileterzy?
 
 - Największy udział w dochodach ma sprzedaż biletów na spektakle własne. Ale że dotacje miejskie są coraz mniejsze, chciałbym zarabiać więcej na działalności komercyjnej. Włosi, którzy ostatnio oglądali nasz spektakl „Mistrz&Małgorzata Story” byli zdumieni, że obsada sztuki może być tak liczna, jak u nas. W teatrze europejskim dominują sceny impresaryjne. Nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, gdy w sztuce w polskim teatrze będzie obsadzonych góra pięciu aktorów-gwiazd seriali telewizyjnych, a teatry staną się impresaryjne. To będzie śmierć teatru inscenizacyjnego, wieloobsadowego, kostiumowego i w dobrym znaczeniu epickiego.
 
Dzięki rozkwitowi instytucji teatru impresaryjnego także bielska publiczność ma coraz większy wybór. Może wydać pieniądze na bilet na monodram Krystyny Jandy zamiast oglądać kilkunastu mało znanych z telewizji aktorów Talarczyka.
 
 - Zdaniem krytyków, widzów i fachowców od teatralnej roboty, mamy jeden z najlepszych zespołów teatralnych w kraju. Zebraliśmy przez ostatnie lata tyle nagród, ile żaden z teatrów w województwie. Przyjeżdżają na nasze spektakle osobistości życia teatralnego z całego kraju i z zagranicy. Zdobyliśmy w tym sezonie sześć prestiżowych nagród teatralnych, w tym dwie aktorskie. Obok tego nie sposób przejść obojętnie. Oglądam spektakle w teatrach komercyjnych w Warszawie, gdzie na scenie nie występuje więcej niż sześć osób. Zestawianie takich realizacji z przedstawieniami Teatru Polskiego, to jak porównanie wykwintnej potrawy z hamburgerem. A Krystyna Janda w naszym teatrze na nieistniejącym już niestety festiwalu zdobyła „Anioła Publiczności” za spektakl „Grube ryby” (śmiech).
 
Nowa sztuka o Małyszu
 
Restaurator powie, że na pierogach jest znacznie większy utarg niż na zającu w śmietanie. Może więc finansiści z Ratusza będą dla was bardziej łaskawi przy konstruowaniu kolejnego budżetu miasta, jeśli w karcie będziecie mieli więcej dań popularnych?
 
Ależ my nie uciekamy od repertuaru popularnego. Wciąż gramy „Szalone nożyczki”, „Mayday” czy „Dziewczyny z kalendarza”. Z drugiej strony proponujemy „Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami”, „Bitwę o Nangar Khel”, „Miłość w Königshütte” lub „Zbrodnię”. Te spektakle można obejrzeć tylko w Bielsku-Białej. Są atrakcyjne zarówno dla miejscowego widza, jak dla publiczności, która czasem z daleka przyjeżdża do naszego teatru.
 
Czy w repertuarze na kolejny sezon znajdą się sztuki kosztowne, wymagające dużych inwestycji?
 
 - Oglądamy każdą złotówkę. Nie możemy sobie pozwolić na wydanie połowy budżetu na jeden, ale za to efektowny spektakl. Chcę jednak zapewnić, że w nowym repertuarze nie zabraknie przedstawień wieloobsadowych. Już teraz zapraszam na spektakl w reżyserii Jacka Głomba o Adamie Małyszu, inspirowany życiem i karierą sportową skoczka narciarskiego. Przygotowujemy się też do wystawienia sztuki na podstawie musicalu „Człowiek z La Manchy”, być może we współpracy z zespołem „Śląsk”.
 
Może dla podreperowania budżetu warto postawić na monodram?
 
 - Mamy już jeden - w wykonaniu Anny Guzik - i wystarczy (śmiech). Z „Singielką” jeździmy po całej Polsce. Niedawno otrzymaliśmy propozycję wystawienia tej sztuki w koprodukcji z Teatrem Capitol z Warszawy. Ania jest aktorką bardzo zajętą. Przede wszystkim w Teatrze Polskim. Dlatego planowanie musimy zacząć od sporządzenia terminarza.
 
Wojna wokół spektaklu
 
Ostatnio o bielskim teatrze zrobiło się głośno za sprawą „Miłości w Königshütte”. Czy łatwe do przewidzenia ryzyko polityczne związane z tą inscenizacją podjęliście dla pieniędzy czy dla realizacji własnych idei, osobistych poszukiwań tożsamości narodowej?
 
 - Myślę, że autorowi scenariusza filmowego, a później sztuki teatralnej bliższe były cele ideowe. Ja zdecydowałem się na jej wystawienie głównie dlatego, że jest ważkim głosem o charakterze społeczno-politycznym o naszej współczesnej historii. Przyznam jednak, że nie spodziewałem się rezonansu w postaci wojny medialnej wokół tego spektaklu. Padło wiele zarzutów w moją stronę, zaś z Kancelarii Prezydenta RP otrzymałem imienne zaproszenie na uroczyste obchody 90. rocznicy przyłączenia Śląska do Macierzy.
 
Poseł Stanisław Pięta publicznie zbeształ Pana za to - jego zdaniem - antypolskie przedstawienie za publiczne pieniądze. Zabolała Pana krytyka ze strony prezydenta miasta?
 
 - Pod względem reklamowym, to był strzał w dziesiątkę. Uważam, że to jest bardzo dobre przedstawienie i cieszę się, że powstało w moim teatrze. O Teatrze Polskim mówi się teraz, że jest najgłośniejszą instytucją kultury w województwie śląskim. Roman Pawłowski napisał w „Gazecie Wyborczej”, że „Miłość w Königshütte” jest najważniejszym wydarzeniem w polskim teatrze po roku 1989.
 
Ratusz pochwalił Pana za finansowy sukces przedstawienia?
 
 - Pan Jacek Krywult, jako prezydent i obywatel tego miasta, przesłał mi list, w którym znalazłem szereg pytań dotyczących tego przedstawienia. Starałem się na wszystkie odpowiedzieć uczciwie i rzetelnie. Ostatnio „Newsweek” napisał spory artykuł na temat „Miłości w Königshütte”, a jesienią zawitamy z tym przedstawieniem do Teatru Studio w Warszawie.
 
Wstają i płaczą
 
Od paru lat śląska publiczność może oglądać Pańską świetną kreację w przedstawieniu „Cholonek” w Teatrze Korez w Katowicach. Czuje się Pan śląskim artystą?
 
 - Jestem artystą, który urodził się na Śląsku i mieszka na Śląsku. Utożsamiam się ze Śląskiem, ale też jako dyrektor bielskiego teatru - z Bielskiem i Białą. Moją artystyczną ojczyzną jest teatr. Śląskość jest bardzo ważna w moim życiu i w związku z tym rezonuje czasem na scenie, jak w przypadku „Cholonka” czy „Miłości w Königshütte”, ale czasem jej w ogóle nie widać. Jestem obywatelem świata sztuki.
 
Jakiś krytyk po premierze napisał, że sztuka Ingmara Villqista jest polityczną agitką napisaną w kiepskim stylu na potrzeby RAŚ. Jak przyjmują spektakl widzowie? Ludzie tupią nogami ze złości czy biją brawo?
 
 - Gramy zawsze przy pełnej widowni, zarówno w Bielsku-Białej, jak w innych teatrach na terenie województwa. Część publiczności wstaje, inni - jak w Chorzowie - płaczą. Widzowie uważnie słuchają aktorów, szczególnie młodzi, bo słyszą o tych sprawach po raz pierwszy. Starsi ze wzruszeniem oglądają przedstawienie. Oczywiście, są też opinie skrajne, jak ta posła Pięty, że jest to spektakl antypolski, ale mnie to nie martwi, bo widzowie w ogromnej większości przyjmują spektakl znakomicie. Bielszczanie chcą oglądać ten spektakl i niektórzy nawet przyznają się głośno do swych związków ze Śląskiem.
 
Planujecie wystawić teraz coś, co byłoby adresowane do publiczności identyfikującej się tylko z Podbeskidziem?
 
 - Powinniśmy budować swoją tożsamość w oparciu o tradycje kulturowe i historyczne obu miast sprzed 1951 roku. Niestety, dla niektórych historia miasta zaczęła się w momencie, kiedy komuniści połączyli Bielsko i Białą w jeden organizm administracyjny. A przecież mamy parę wieków historii. Mam nadzieję, że nasz eksportowy dramaturg Artur Pałyga zajmie się tym tematem. Mamy już za sobą przecież „Testament Teodora Sixta”. Pierwszą sztukę o naszym mieście. Pora na kolejną...
 
Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiał: Robert Kowal