W Bielsku-Białej zakończył się bodaj najdłuższy proces w sprawie molestowania dziecka. Bielszczanin Marian S. przez blisko 17 lat walczył o sprawiedliwość dla swojego syna molestowanego seksualnie przez byłego policjanta. Sprawca z kolei przez lata żył z piętnem zboczeńca. Jaki sens ma sprawiedliwość po tylu latach?

 - Chciałbym, żeby to się wreszcie raz na zawsze skończyło - mówi Krzysztof S., ofiara byłego bielskiego policjanta. - Niestety, nie wierzę już w sprawiedliwość, skoro teraz, po tylu latach, ten człowiek nie został nawet należycie ukarany!
 
Bez satysfakcji
 
 - To jak grzebanie patykiem w świeżo zabliźnionej ranie - tłumaczy ojciec Krzysztofa, pan Marian. - Przecież na tej sprawie przez siedemnaście ostatnich lat cierpiała cała moja rodzina.
 
Te zdania nasi rozmówcy wypowiedzieli kilka miesięcy temu, kiedy wciąż nie było pewne, kiedy ich koszmar się zakończy. Dzisiaj jest już po wszystkim. Zapadł ostateczny wyrok. Ojciec molestowanego przed laty syna nie czuje jednak satysfakcji. - A z czego mam się cieszyć? Od początku było wiadomo, że wina jest. Chodziło o karę. A ta jest, jaka jest. Straciłem tylko zdrowie i pieniądze. A syn przez siedemnaście lat przeżywał wszystko wciąż na nowo i stał się kłębkiem nerwów.
 
Zawieszony policjant
 
W 1993 roku Krzysztof miał 13 lat, gdy padł ofiarą Dominika R., który w tamtym czasie był czynnym bielskim policjantem. Dominik R. miał kontakt z 13-latkiem, gdyż zabiegał o względy siostry nastolatka, dzięki czemu bywał w domu państwa S. O tym jednak, że dorosły mężczyzna molestował małego Dominika, jego rodzice dowiedzieli się dopiero dwa lata później, kiedy psychika dziecka pękła i płacząc, wyznał całą prawdę.
 
Po kilku miesiącach od tamtego zdarzenia, o skłonnościach policjanta rodzice Krzysztofa zawiadomili prokuraturę. Trzy lata później, po długotrwałym śledztwie, badaniach biegłych i przesłuchaniach, prokurator oddał w końcu akt oskarżenia do sądu. Dominik R. został jednocześnie zwieszony w czynnościach służbowych i odtąd, zgodnie z policyjnymi przepisami, nie pracował i pobierał jedynie połowę pensji.
 
Sędzia ma nadzieję
 
Pierwszy raz sąd orzekł o winie oskarżonego w 2004 roku. 23-letni wtedy Krzysztof S. był psychicznie wyczerpany, miał dosyć ciągłych wizyt w sądzie i kolejnych badań prowadzonych przez biegłych psychologów i seksuologów. Był to jednak, jak się później okazało, dopiero początek sprawy. - No tak… - wzdycha ojciec Krzysztofa. - Winę stwierdzono, ale jako karę sąd wyznaczył rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Ani my, ani prokurator nie mogliśmy na to pozwolić. To było kuriozalne - dodaje Marian S.
 
Wtedy też Jarosław Sablik, rzecznik bielskiego sądu, mówił: - Rzeczywiście, tyle lat w takiej sprawie, to długi okres. Ale trzeba zrozumieć specyfikę. To liczba biegłych sprawiła, że proces przeciągał się. Cofnięcie sprawy do ponownego rozpatrzenia nie oznacza jednak, że historia powtórzy się. Być może ofiara przestępstwa nie będzie musiała nawet stawić się w sądzie. Sędzia, niestety, mylił się.
 
Sprawa uległa przedawnieniu
 
Drugi proces okazał się powtórką pierwszego, przynajmniej, jeśli chodzi o rezultat. Znowu stwierdzono, że Dominik R. faktycznie molestował 13-latka i ponownie ukarano sprawcę rokiem pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. - Kolejny raz odwołaliśmy się od wyroku - tłumaczy Marian S.
 
Trzeci proces zakończył się w ubiegłym roku, tuż przed 30. urodzinami Krzysztofa. Ofiara molestowania seksualnego miała nadzieję, że tym razem kropka nad „i” zostanie postawiona. - Okazało się, że i owszem, ale z korzyścią dla mojego prześladowcy - wzdycha Krzysztof S. Sąd trzeci już raz uznał winę byłego policjanta, lecz nieoczekiwanie zmienił kwalifikację czynu na występek, przez co sprawa uległa przedawnieniu, a w konsekwencji winnego Dominika R. nie można było ukarać.
 
 - W Polsce można być winnym i nie być ukaranym. I to za molestowanie dziecka… - nie mógł zrozumieć ojciec Krzysztofa, który po latach zmagań z Temidą miał powoli dosyć walki o sprawiedliwość. Broni jednak nie złożył i ponownie odwołał się od decyzji sądu.
 
Skazany na emeryturze
 
Ostateczny werdykt zapadł w tym roku. Sąd znowu potwierdził winę oskarżonego i przywrócił kwalifikację czynu z występku na przestępstwo. Karę utrzymano jednak tę samą. - Gdybym wiedział, że to się tak skończy i będzie trwało tyle lat, pewnie zrezygnowałbym - mówi Marian S.
 
Tymczasem w 2007 roku Dominik R. zwolnił się z policji na własną prośbę. Po dziewięciu latach w stanie zawieszenia, otrzymał policyjną emeryturę.
 
 - Nie wnikając w przypadek tego człowieka, przepisy mówią w sposób oczywisty, kiedy można zabrać policjantowi emeryturę. Może to nastąpić tylko wówczas, gdy popełni najcięższe przestępstwo i to w związku z pełnioną służbą - wyjaśnia podinspektor Andrzej Gąska z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.
 
Tekst i foto: Kuba Jarosz