Odwiedziliśmy te miejsca na początku lutego, gdy na dworze panował siarczysty mróz. Temperatury spadały wtedy nocą nawet do 30 stopni poniżej zera. W ciągu dnia o wiele cieplej nie było. Prowadzona przez bielskie koło Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta świetlica dziennego pobytu, jak i położona obok stołówka dla bezdomnych, pękały w szwach. A jak jest teraz?
 
Zimą codziennie dokarmianych było tu ponad 700 osób, a zdarzało się, że przychodziło na ciepły obiad nawet ponad ośmiuset głodnych i wyziębniętych podopiecznych. Nie inaczej wyglądała sytuacja w świetlicy, przez którą każdego dnia przewijała się co najmniej setka zziębniętych bezdomnych. Jedni wpadali tam na trochę, aby się ogrzać, zjeść przygotowane dla nich kanapki, wypić darmową herbatę czy kawę. Inni spędzali tam nawet cały dzień czytając gazety, oglądając telewizje lub drzemiąc na krześle w ciepłym kącie.
 
Gdy wiosną na dworze zrobiło się cieplej, wydawać się mogło, że świetlica będzie świecić pustkami, a na ciepłą strawę nie ma już tylu chętnych co w środku mroźnej zimy. Nic bardziej mylnego. Odwiedziliśmy to miejsce ponownie w połowie maja. - Nic się właściwie nie zmieniło - mówi Maria Zemanek pracująca w świetlicy dziennego pobytu. Tak jak w zimie, tak i teraz świetlica pęka w szwach. Mimo ciepłej pory cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem osób bezdomnych i takich, które przychodzą tu, aby tylko wypić herbatę czy serwowaną za darmo mocną kawę.
 
 - Codziennie wydajemy także stosy kanapek - dodaje Maria Zemanek, oceniając, że każdego dnia odwiedza teraz świetlicę ponad 100 osób. Tłumy gromadzą się zwłaszcza gdy odbywają się tam - organizowane przez Towarzystwo - spotkania i prelekcje przygotowywane przez prawników, psychologów czy pracowników socjalnych, na tematy interesujące osoby bezdomne czy bezrobotne.
 
Także kuchnia, tak jak i zimą, przeżywa oblężenie. Codziennie serwowanych jest tu ponad 700 ciepłych posiłków. Znacznie więcej niż rok temu o tej samej porze. Prezes bielskiego koła TP im. św. Brata Alberta Tadeusz Cozac wyjaśnia, że korzystają z pomocy Towarzystwa nie tylko bezdomni czy osoby zepchnięte na margines społeczeństwa, lecz głównie ludzie ubodzy, których z roku na rok w Bielsku-Białej jest coraz więcej, a którym coraz trudniej wykarmić rodziny. Widać to najlepiej, gdy posłucha się pracowników kuchni.
 
 - Gdy zaczynałam tu pracę 16 lat temu wydawaliśmy dziennie około 200, może 250 obiadów. Teraz wydajemy ich ponad trzy cztery razy tyle, a przecież mieszkańców miasta w tym czasie aż tak bardzo nie przybyło - mówi kucharka Ewa Sławińska. Z tego co słyszała, gdy ponad dwadzieścia lat temu kuchnia Brata Alberta rozpoczynała działalność, stołowało się w niej zaledwie kilkanaście potrzebujących takiej pomocy osób...
 
Co jednak ciekawe - przyznają zgodnie pracownice kuchni - gdy stołówka serwuje coś „smakowitego”, frekwencja jest znacznie większa niż gdy na obiad podawany jest „prosty” posiłek. - Proszę zajrzeć jutro, gdy będzie na obiad gulasz z kaszą. Kolejka chętnych sięgnie z pewnością skrzyżowania (jest oddalone jakieś 50 metrów od drzwi stołówki - przyp. M.P.) i na pewno nie zostanie nawet jedna porcja. Dzisiaj jest „zwykła” zupa i tłumów nie ma, a w garnku jeszcze dna nie widać - przyznają pracownice.
 
Tekst i foto: Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)