Galeria Wzgórze Franciszka Kukioły przy ul. Wzgórze 4 istnieje od 16 kwietnia 1987 roku. Jej właściciel już wcześniej planował uruchomienie lokalu dla artystów, ale w tzw. komunie trudno było funkcjonować takim jednostkom, jak Kukioła. - Byłem trochę niepokorny - przyznaje pan Franciszek. - Niespecjalnie prowadziłem się jako obywatel ówczesnej Polski, więc zawsze były na mnie jakieś haczyki.
 
Ukończył studia na kierunku pedagogika kulturalno-oświatowa i chciał robić coś zgodnego ze swoim wykształceniem. Wegetacja na państwowym wikcie nie wchodziła w rachubę, postanowił więc otworzyć własny biznes. W stanie wojennym trudno było uzyskać koncesję na prowadzenie galerii od Ministerstwa Kultury i Sztuki. Niezbyt przychylnie na inicjatywę Kukioły spoglądali bielscy artyści. Mimo przeciwności, 14 grudnia 1984 roku udało mu się uzyskać stosowne zezwolenie. - Byłem jedyną osobą w województwie bielskim, która otrzymała pozwolenie na prowadzenie prywatnej galerii sztuki - wspomina Franciszek Kukioła.
 
Na sztukę trzeba zarobić
 
Działalność gospodarczą rozpoczął wraz z kolegą, który dysponował środkami finansowymi. Następnie wyjechał na „saksy”, by zarobić pieniądze potrzebne na spłatę udziałów wspólnika. W międzyczasie z kamienicy, w której mieści się galeria, wyprowadzili się lokatorzy, co pozwoliło na zaadoptowanie kolejnych pomieszczeń. Ale w kapitalizmie artyści także nie mają lekko. Dlatego później, z konieczności, w lokalu przy ul. Wzgórze powstała kawiarnia. - To był ratunek dla galerii. Nie kocham siedzenia w barze. Na komfort uprawiania sztuki trzeba umieć zarobić - nie ukrywa właściciel galerii.
 
Obecnie kawiarnię prowadzi córka pana Franciszka, Anna. - Póki co nie jesteśmy zadłużeni. Niełatwo jest utrzymać galerię, ale jakoś sobie radzimy - mówi Kukioła. - Widzimy po otoczeniu Rynku, że właściciele lokali zmieniają się, jak w kalejdoskopie. My tak długo funkcjonujemy tylko dlatego, że robimy to w swoim budynku i własnym nakładem sił.
 
Dzięki nakładom finansowym sponsorów w ostatnim czasie rozszerzono funkcje galerii. W 2007 roku na piętrze kamienicy powstało Bielskie Kino Niezależne. Pomysł pojawił się w czasie Festiwalu Ulicy Wzgórze. Na przeglądzie filmów Franciszka Dzidy powstała idea stworzenia małego kina z nietypowym repertuarem. Szybko pomysł zamieniono w czyn i tak galeria wzbogaciła się o salkę, która w czasie projekcji może pomieścić około 40 widzów. Jak przystało na kino offowe, podczas projekcji można raczyć się trunkami.
 
Całodobowy salon
 
Na Wzgórzu gościł już m.in. festiwal Filmowa Góra, były pokazy „Szortów”, itp. Wstęp na sense jest bezpłatny, lecz mimo to bielszczanie sporadycznie zaglądają do jedynego tego typu kina w mieście. - Ostatnio zgłosiła się do nas grupa młodych ludzi z ciekawymi pomysłami. Generalnie jednak mieszkańcy miasta z chałupy nie wychodzą. Przechodnie, których widuję w okolicy, to zazwyczaj smakosze piwa. Ten upadek zaczął się wtedy, gdy powstały wielkie centra handlowe. W supermarketach spotykam swoich znajomych, którzy delektują się atmosferą tego miejsca. Nie wiem, może na starość szukają odmiany. Mają tam wszystko. Niebawem pewnie dorobią im basen, szkołę, kościół i w ogóle stamtąd nie wyjdą.
 
W Galerii Wzgórze można kupić obrazy przez całą dobę. Miłośnicy sztuki odwiedzają kamienicę Kukioły o najdziwniejszych porach. - Gdy Rynek był otwarty dla ruchu samochodowego, to zawsze ktoś przejechał, wstąpił i zerknął z ciekawości - opowiada właściciel galerii. - Bywało, że w nocy się sprzedawało. Mieszkam na miejscu, dlatego zawsze mogę zejść i otworzyć klientowi.
 
Za kilka dni minie ćwierćwiecze galerii Franka, jak mówią o nim znajomi ze starówki. Nic nie wskazuje na to, że będą to obchody huczne. - Imprezy jubileuszowe miały być już z okazji 10, 15 i 20-lecia - wspomina pan Franciszek. - Próbowałem wtedy zainteresować obchodami bielski ratusz, ale miastu byłem potrzebny tylko w czasach transformacji. Teraz pewnie skończy się na spotkaniu ze znajomymi. Wypijemy kielicha i powspominamy stare dobre czasy.
 
Franek nie jest politykiem
 
 - Żyję skromnie, ale robię to, co lubię - podkreśla pan Franciszek. Jest postacią rozpoznawalną w mieście. Niektórzy uważają go… za malarza. - Nie wiem dlaczego ciągnie się za mną ta opinia. Jestem zwykłym pedagogiem pracy oświatowej. Czasami śpiewam sobie przy gitarze. Kiedyś nawet do szkoły muzycznej zdawałem, ale to było 1959 roku. W rodzinie Kukiołów jest sporo muzyków. Brat, siostra, syn i córka pana Franciszka uczęszczali do szkół muzycznych. Syn nie wytrwał, ale córka Ania owszem, radzi sobie całkiem dobrze - jest skrzypaczką w zespole Off-C.
 
Przed laty w kamienicy przy ulicy Wzgórze mieszkali bracia Golcowie. - Chodzili wtedy do szkoły średniej - wspomina Franciszek Kukioła. - Mieszkali u mnie rok z „hakiem”, a później tylko bywali. Były z nich gagatki, ale wyszli na ludzi i całkiem dobrze sobie radzą, jak na dzisiejsze czasy. Może nie do końca robią to, co chcieli, bo byli muzykami jazzowymi, lecz na pewno są szczęśliwi. Mają rodziny i trzeba na nie zarobić.
 
Kukioła dwukrotnie próbował swoich sił w polityce. Po raz pierwszy w latach 90-tych. Wystartował także w ostatnich wyborach samorządowych w Bielsku-Białej. Jak podkreśla, w obu przypadkach do wyborów przystąpił po namowach innych osób. - Na szczęście dla polityki i mnie samego, nie udało się. Jestem nadal wolnym i zadowolonym człowiekiem. Nie wiążę się z żadną opcją polityczną, bo nie jestem i nigdy nie byłem w żadnej partii. Zgodziłem się wystartować, bo jestem bielszczaninem z dziada pradziada. Moja rodzina mieszka w mieście od ponad 130 lat - kończy jubilat i zaprasza na Wzgórze na pogawędkę przy piwie.
 
Paweł Hetnał