Setki bielszczan pójdą dziś do kościoła z koszyczkiem wypełnionym świątecznymi specjałami. O dziwo, zwyczaj ten jest na naszych terenach względnie młody. Niewątpliwie dłuższą tradycję ma popularny zwłaszcza wśród młodych śmigus dyngus. Niestety, współcześni kawalerowie zapomnieli, że kiedyś była to metoda na.... oświadczyny. Dziś polewanie wodą traktują raczej jak możliwość zrobienia kiepskiego żartu nielubianej koleżance.
 
To, co obecnie nazywamy wielkanocną tradycją nie zawsze należy rzeczywiście do lokalnej symboliki o wieloletniej historii. Coraz częściej są to po prostu współczesne obrzędy wywodzące się z kultury masowej lub zwyczaje przywiezione na Podbeskidzie z różnych stron Polski. Wspólną cechą większości z nich jest przede wszystkim brak religijnego charakteru najważniejszych dla chrześcijan świąt.
 
Chińskie koszyki ze święconką
 
 - Teraz wysyła się kartki z kurczakami i mówi sąsiadom „Wesołych Świąt”. Dawniej pozdrawiało się np. słowami „Alleluja Zmartwychwstał Pan” - tłumaczy góralka z Istebnej Małgorzata Kiereś, etnograf i antropolog kultury, badaczka i dokumentalistka historii i kultury górali beskidzkich, Śląska Cieszyńskiego i pogranicza słowacko-czeskiego.
 
Dowodem na to, że obecnie święta przeżywamy w zupełnie inny sposób jest przebieg Wielkiego Tygodnia, który rozpoczyna Niedziela Palmowa. Tego dnia wierni idący do kościoła trzymają w rękach palmy. Małe, duże, kolorowe, z żywych lub sztucznych kwiatów. Niewiele osób dzierży w swojej dłoni wiązankę, która w Beskidach i na terenie Karpat dominowała przez lata, czyli bazie związane czerwoną kokardą.
 
 - Przyznam, że widok żółto-zielonych, sztucznych kwiatków z metką „Made in China” jest dla mnie, jako badacza, ciekawym zjawiskiem, który muszę odnotować - ironicznie komentuje współczesną modę pani etnograf. - To co robimy z palmami później też dalece odbiega od starej tradycji i od szacunku dla święconego. Kiedyś gałązkę z palmy zakopywano na polu, żeby przyniosła urodzaj lub paliło się ją, żeby odstraszyć burzę. Dziś wyrzuca się na śmietnik albo stawia w wazonie na ozdobę. Nie ma żadnej ciągłości kulturowej.
 
Kąpiel o wschodzie słońca
 
Kolejne ważne dni Wielkiego Tygodnia także straciły swój charakter. Dawniej w Wielki Czwartek „zawiązywało się dzwony”. Oznaczało to, że rozpoczyna się czas ciszy, zadumy. Tego dnia w domach nie sprzątało się i nie wykonywało zbędnych prac. Dziś o ciszę w naszym życiu trudno. Dla współczesnych bielszczan nadchodzący czwartek, to sygnał, że czas zacząć mycie okien, zakupy i świąteczne wypieki.
 
W Wielki Piątek przed wschodem słońca nasi przodkowie szli się kąpać w zimnych nurtach rzek i strumyków, co miało im zapewnić zdrowie, a paniom urodę i duże zainteresowanie płci przeciwnej. Ile osób przybyło nad Białą wczoraj, aby zażyć kąpieli w celach zdrowotno-kosmetycznych? Nie było tłumów.
 
W Wielką Sobotę do naszego koszyka trafia... wszystko, co pod ręką. Pomysłowość ludzi nie zna granic. Oczywiście, na miejscu honorowym są jajka - zielone, czerwone, żółte, malowane farbkami, oklejane bibułą lub włóczką. Może i ta różnorodność spodobałaby się naszym praprababciom, choć one barwiły jajka jedynie w łupkach cebulek i ewentualnie nożykiem „skrobały” na nich wzory. Z pewnością zaskoczyłby je jednak widok bananów, dziecięcych zabawek na baterie czy klocków Lego.
 
Pobudzanie panny chłostą
 
Prawdę mówiąc, sam zwyczaj święcenia pokarmów nie jest długoletnią tradycją na całym Podbeskidziu. W niektórych rejonach pojawił się dopiero w drugiej połowie XX wieku. Są też jednak takie tereny, gdzie żywność wożono do święcenia wozami konnymi!
 
Wróćmy do czasów współczesnych. Tzw. święconki z koszyka powędrują na stół i zostaną zjedzone podczas uroczystego niedzielnego śniadania, które także jest wymysłem naszych czasów. Podobnie jak zwyczaj dzielenia się jajkiem i składania sobie życzeń. Od dawien dawna najbardziej uroczystym posiłkiem był tego dnia obiad.
 
Jajka, które chyba jako jedyne od wieków są stałym atrybutem świąt, w lany poniedziałek (dawniej: śmiergusty) trafiały do chłopców w zamian za wiadro wody na głowie panny. W ten sposób bowiem młodzieńcy okazywali swoje zainteresowanie dziewczętom na wydaniu. Czasem po prostu wsadzali upatrzone młode damy do studni... Jeśli przemoczona dziewczyna była zainteresowana danym kawalerem, ofiarowała mu czerwone jajko i właściwie oboje mogli już iść do ołtarza. Zielone jajo oznaczało nadzieję, ale kawaler musiał się jeszcze trochę postarać. Niebieski podarunek był odpowiednikiem dzisiejszego „kosza”.

Niezależnie od decyzji panny, była ona chłostana po nogach albo i całym ciele witkami wierzbowymi, co miało ją pobudzić do zdrowia i życia.
 
 Marta Polak