W sobotę w Teatrze Polskim odbyła się kolejna premiera, tym razem autorskiego przedstawienia Ingmara Villqista. Sztuka pt. „Miłość w Königshütte” jest poruszającą, epicką opowieścią zrealizowaną z ogromnym rozmachem. Bez wątpienia należy do najlepszych spektakli tego sezonu. Dla tych, którzy nie utożsamiają się ze Ślązakami, może być kontrowersyjna.
 
Ingmar Villqist po raz kolejny napisał dramat specjalnie dla bielskiego teatru. Poprzednia sztuka pt. „Taka fajna dziewczyna jak ty” odniosła wielki sukces. Dramat pt. „Miłość w Königshütte” różni się od pozostałych dzieł w dorobku tego autora. Wprawdzie niedawno wraz z Adamem Sikorą wyreżyserował film pt. „Ewa”, którego akcja również rozgrywa się na Śląsku, ale jego najnowsza sztuka (będąca swego czasu niezrealizowanym scenariuszem filmowym) porusza zagadnienia związane przede wszystkim z historią tego regionu.
 
Polak w niemieckim mundurze
 
„Königshütte”, to niemiecka nazwa Chorzowa, z którego pochodzi Ingmar Villqist. Akcja spektaklu toczy się w 1945 roku, kiedy na powojennych zgliszczach przetaczają się wojska nowych okupantów. Głównym bohaterem opowieści jest chorzowski lekarz, Jan Schneider (znakomita rola Artura Święsa), który z jednej strony mówi rosyjskim żołnierzom, że jest Polakiem siłą wcielonym do niemieckiego wojska, ale jednocześnie dodaje, że pochodzi ze Śląska. Od początku przedstawienia jest więc jasne, że będzie ono dotyczyło skomplikowanych i tragicznych faktów z powojennej historii Polski, opowiedzianej z perspektywy Ślązaków. Temat jest niezwykle aktualny w kontekście działalności Ruchu Autonomii Śląska i dyskusji medialnej o tożsamości narodowej tej mniejszości.
 
 - Mój dziadek urodził się na Klimzowcu, w starej dzielnicy Chorzowa. Podczas pierwszej wojny tak jak inni Ślązacy został wcielony do wojsk niemieckich, walczył z Anglikami. Był w niewoli brytyjskiej, potem wstąpił do polskiego wojska we Francji, wrócił na Śląsk, uczestniczył w akcji plebiscytowej. Podczas trzeciego powstania śląskiego dowodził oddziałem - mówił w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej” reżyser i autor sztuki, Ingmar Villqist. - Miał awanturniczy charakter, który ściągał na niego niezliczone kłopoty. W 1925 roku, po włączeniu Śląska do Polski, pojechał z koleżkami odebrać w Warszawie odznaczenie Virtuti Militari za udział w powstaniu. Byli w mundurach, na ulicy rozmawiali po śląsku. Podeszli do nich jacyś podchorążowie i rozkazali, by nie szwargotali po niemiecku, bo tu jest Polska. Doszło do bójki. Znam to tylko z rodzinnych przekazów, ale coś strasznego musiało się wydarzyć na tej warszawskiej ulicy, bo niewiele później dziadek z babcią emigrują - najpierw do Francji, potem do Argentyny, w końcu do Brazylii. Tam urodzili się moi wujowie i moja mama.
 
Są gorsi od Niemców
 
Villqist w swoim dramacie wiele razy podkreśla, że Ślązacy nie czują się Polakami. Jeden z partyzantów mówi: „To jest nasz Śląsk, nie niemiecki i nie polski”. Polacy są przedstawieni bardzo negatywnie i postrzegani na równi z rosyjskim okupantem. Jedną z głównych postaci jest żona Schneidera, nauczycielka Marzena (rewelacyjna rola Anny Guzik), nazywająca swoich śląskich uczniów hitlerowcami, którzy powinni gnić w kopalniach i bijąca ich za mówienie gwarą. Z kolei ubrany w polski mundur zastępca komendanta obozu pracy w Świętochłowicach (w tej roli Kuba Abrahamowicz) znęca się nad Ślązakami, mówiąc, że są gorsi od Niemców i że „zdychają za Oświęcim, Treblinkę i Majdanek”. Bohater ten zapewne został zainspirowany postacią Salomona Morela, komendanta obozu w Świętochłowicach oskarżonego o zbrodnie przeciwko ludzkości.
 
Jedynie doktor Jan zdaje się być poza wszystkimi podziałami - żeni się z Polką, ale przyjaźni ze Ślązakami i czuje się jednym z nich. Kiedy Marzena narzeka, że nie rozumie śląskiej gwary, tłumaczy jej, że to „ich język, którym mówią od stuleci”. Jest jednak nieustannie zmuszany do podejmowania trudnych decyzji. W czasie wojny zostaje siłą wcielony do Wermachtu, a w 1945 roku musi współpracować z rosyjskim majorem i jednocześnie wspierać śląskich partyzantów. Wszystkich leczy tak samo dobrze, zaniedbując swoje życie osobiste. Jego postawę można porównać z doktorem Judymem u Żeromskiego czy Bernardem Rieux w ,,Dżumie” Camus.
 
Manifestacja aktorów i reżysera
 
W dramatycznych okolicznościach historycznych podejmuje heroiczną walkę o godność każdego człowieka. Jako obozowy lekarz w Świętochłowicach, wyciąga stamtąd niepełnoletnią, skatowaną więźniarkę. Schneider jest więc postacią idealną, która potrafi pogodzić ze sobą wszystkie narody. Można powiedzieć, że jest symbolem miłości, której tak brakowało w ówczesnej rzeczywistości.
 
Wielu widzów z pewnością zadało sobie pytanie, jakie były intencje autora tego dramatu? Villqist z pewnością chciał pokazać, w jak trudnym położeniu znajdowali się Ślązacy po II wojnie światowej - wielu z nich podpisało volkslistę, przez co w 1945 roku dla niektórych Rosjan i Polaków byli współodpowiedzialni za wojnę. Jednocześnie autor dramatu podkreśla, że inni uznawali ludność Górnego Śląska za Niemców, a tymczasem oni sami uważają się za odrębny, śląski naród. Pokazując heroiczne postawy wielu bohaterów, m.in. doktora czy małżeństwa Bainerów (w tej roli znakomici Grażyna Bulka i Kazimierz Czapla), Villqist podkreśla pracowitość i religijność Ślązaków. W czasie premiery niektórzy aktorzy oraz reżyser założyli żółto-niebieską flagę, symbol Śląska, co świadczy o wymowie tego spektaklu. Dla bielszczan sztuka ta może być więc źródłem wielu informacji o kulturze śląskiej, do której swego czasu administracyjnie nas przyłączono.
 
 - Kiedy robiliśmy „Żyda” czy „Bitwę o Nangar Khel”, mieliśmy poczucie tworzenia czegoś więcej niż teatr, poczucie dotykania prawd, do których być może tylko sztuka zdolna jest zbliżyć się bez uproszczeń - tłumaczy kierownik literacki Teatru Polskiego, Janusz Legoń. - Tym razem przed nami zadanie trudniejsze. Sprawy, o których opowiadamy, czekają cały czas na polską i śląską refleksję. A bardziej jeszcze na wspólne przeżycie.
 
Obca pośród Ślązaków
 
Niezależnie od tytułu, miłość nie jest głównym tematem tej sztuki. Stanowi jednak ważny element dla tła historycznego. Skomplikowane relacje doktora z jego żoną są wynikiem tragizmu tej postaci. Marzena jest pełna sprzeczności: pracuje w śląskiej szkole z przymusu, dlatego nienawidzi tego miasta i kultury. Gardzi również żoną niedoszłego kochanka, która wróciła po wyzwoleniu z niemieckiego obozu koncentracyjnego. Nie wiadomo więc, czy bardziej nienawidzi Niemców, Ślązaków czy po prostu wszystkich, którzy nie spełniają jej oczekiwań. Własnemu mężowi często powtarza, że chciałaby, żeby umarł, bo wtedy mogłaby wrócić do swoich rodziców „prawdziwych, polskich patriotów”.
 
Tragizm tej postaci polega na tym, że czuje się obca pośród Ślązaków, których kultury nie rozumie. Małżeństwo z lekarzem, który nie mówi gwarą wydaje się jej być drogą do szczęścia. Mając jednak niespełna 20 lat, kieruje się niedojrzałymi emocjami, co prowadzi do rozczarowań. Marzena jest ofiarą systemu, który dał jej nakaz pracy na Śląsku. Po przeżyciach wojennych tym bardziej chce walczyć o swoją polskość. Równie skomplikowaną postacią jest rosyjski major Kiereński (w tej roli Tomasz Lorek), który dusi się w tym „brudnym i śmierdzącym mieście”, ale próbuje zaprzyjaźnić z doktorem Schneiderem.
 
Bohaterowie tego dramatu są samotni i wyrwani z rzeczywistości, w której się wychowali. Ci, którzy nie pochodzą ze Śląska, będą mieli zawsze poczucie wyobcowania, nie rozumiejąc gwary i kultury tutejszych mieszkańców. Znakomitym tłem dla akcji dramatu jest metaforyczna scenografia Ingmara Villqista i charakterystyczne dla epoki kostiumy przygotowane przez Ilonę Binarsch.

Agnieszka Pollak-Olszowska
Foto: T.Wójcik