Bielskie Koło Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta działa w stolicy Podbeskidzia od ponad 22 lat, pomagając bezdomnym i najuboższym mieszkańcom miasta. Prowadzi kuchnię społeczną wydającą nawet 700 gorących posiłków dziennie, magazyn odzieży używanej dla najbardziej potrzebujących i łaźnię, z której co roku korzysta 5 tysięcy osób.
 
Niebawem ruszy Schronisko Pobytu Dziennego, w którym bezdomni będą mogli zjeść śniadanie. Koło założył i jest jego prezesem bielszczanin Tadeusz Cozac, odznaczony w październiku przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Złotym Krzyżem Zasługi. Szerokiej rzeszy bielszczan znany z kwestowania na rzecz biednych i bezdomnych. Kwestował ponad 760 niedziel...
 
Tadeusz Cozac mówi, że myśl o pomaganiu najbiedniejszym była w nim na długo przed powstaniem Bielskiego Koła. Zawsze starał się pomagać innym i, jak przyznaje, nieraz udawało mu się załatwiać sprawy, które dla innych były niemożliwe. - Może potrafię sobie zjednywać ludzi, ale też nie zostawiam spraw na później - mówi Tadeusz Cozac, który pomaganie innym łączy z życiem rodzinnym. Ma żonę, córkę, wnuka. - Rodzina się przyzwyczaiła, że działam społecznie i często nie ma mnie w domu.
 
Z zawodu stolarz, pracował między innymi jako instruktor praktycznej nauki zawodu w Ochotniczych Hufcach Pracy przy Kombinacie Budownictwa Ogólnego Beskid w Bielsku-Białej. - Uczniowie, pochodzący z różnych części kraju, wyjeżdżali na święta do domów. Jeden nie wrócił do szkoły, bo w domu złamał nogę. Po kilku miesiącach groziło mu wyrzucenie ze szkoły. By temu zapobiec, pojechałem do niego do podrzeszowskiej wioski. Okazało się, że chłopak czeka... na amputację złamanej nogi, co miało nastąpić za kilka dni - wspomina po 38 latach Tadeusz Cozac.
 
Pojechał do lekarza. - Gdy lekarz potwierdził zamiar amputacji, powiedziałem mu: „Z zawodu to ja jestem tylko stolarzem, ale tej nogi pan nie będzie amputował”. I poprosiłem, by napisał do bielskiego szpitala, co się chłopakowi stało, i że zamierza mu tę nogę amputować - mówi Tadeusz Cozac. Z zaświadczeniem przyjechał do Bielska-Białej. Tu lekarz kazał mu chłopaka przywieźć. - I wystawił pismo do szpitala, w którym uczeń leżał. Pojechałem z tym pismem z powrotem - dodaje. Chłopaka ze złamaną nogą przywiózł... pociągiem. - Trochę go na plecach targałem, podtrzymywałem.
 
Bielski lekarz, nieżyjący już ortopeda Bronisław Kaźmirowicz niczego nie obiecywał. Postanowił tylko poczekać tydzień i później zdecydować o ewentualnej amputacji. - Okazało się, że nogę można uratować - mówi Tadeusz Cozac. Po pobycie w szpitalu załatwił uczniowi sanatorium w Goczałkowicach. Chłopak skończył szkołę i szczęśliwy wrócił do domu. - Myślę, że był to bardzo duży sukces - mówi Tadeusz Cozac. Zdarzenie to uważa za jedno z najważniejszych, które zainspirowało go do rozwijania działalności charytatywnej.
 
Po latach w jego ręce trafił obrazek Brata Alberta, wtedy jeszcze błogosławionego. Włożył go do szuflady, ale od czasu do czasu na niego zerkał. I postanowił założyć Towarzystwo Brata Alberta w Bielsku-Białej. Rozmawiał w tej sprawie z siostrami albertynkami w Krakowie i z wrocławską centralą. Nie dalej jak trzy lata odkąd obrazek z błogosławionym trafił pod jego dach, 19 kwietnia 1989 roku, powstało Towarzystwo w Bielsku-Białej.
 
 - Mieliśmy kupić budynek w Cygańskim Lesie, ale ostatecznie nie doszło do transakcji. I dobrze, bo to daleko od centrum, niewiele osób by do nas docierało na posiłek - mówi Tadeusz Cozac. Od miasta Koło dostało mały, zrujnowany pokoik na poddaszu przy ulicy Komorowickiej. W grudniu, podczas spotkania na temat pomocy społecznej, Tadeusz Cozac wykorzystał obecność wicewojewody, Jana Wałacha. Poprosił o likwidację sklepu przy ul. PKWN (obecnie Legionów), by Koło mogło tam urządzić stołówkę. Choć nikt mu niczego nie obiecywał, to po dziesięciu dniach otrzymał telefon z dyrekcji PSS, że właśnie wywożą towar i pomieszczenie może przejąć Towarzystwo.
 
Działająca dziś kuchnia powstała z gołych murów, jak wspomina Tadeusz Cozac. Kołu bardzo pomogło Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego, którego dyrektor i poseł, Czesław Kastelik, na kilka tygodni wysłał tam ekipy techniczne, celem wykonania remontu. Od marca 1990 roku kuchnia zaczęła gotować i wydawać po 30 posiłków dziennie. Z czasem zaczęło przychodzić coraz więcej osób. Pięć lat później powstała idea zbudowania łaźni. Obiekt miał wielu przeciwników, niemniej powstał w ciągu zaledwie osiem miesięcy.
 
 - Bardzo nam pomógł ksiądz biskup Tadeusz Rakoczy oraz przedsiębiorca Edward Pilch, który dał nam płytki na ściany i podłogi - mówi Tadeusz Cozac. Wspomina też swój pierwszy kontakt z „Kroniką”: - To było czterdzieści lat temu, w 1971 roku. Jeszcze pracowałem jako instruktor w OHP. Świętej pamięci redaktor Tadeusz Patan namówił mnie, by uczniowie wykonali budki lęgowe dla ptaków. Chłopcy zrobili sto budek i wywiesiliśmy je w alei w Wapienicy...
 
Towarzystwo utrzymuje się z dotacji miejskiej, z datków sponsorów, kwestowania w parafiach. Prowadzi kiermasz z tanią odzieżą. Każdy może przyjść i kupić odzież za niewielkie pieniądze, które trafiają na zakup żywności. Koło jest organizacją pożytku publicznego, więc można mu też przekazać procent podatku. Oprócz prowadzenia kuchni, łaźni, magazynu odzieży i kiermaszu, Koło co roku organizuje spotkania wielkanocne i wieczerze wigilijne dla kilkuset osób, a wspólnie z Bielskim Centrum Kultury - imprezy dla dzieci specjalnej troski na Dzień Dziecka i mikołajki. Przygotowuje też kilka tysięcy paczek dla dzieci, a przed rokiem szkolnym - pomoce szkolne dla kilkuset maluchów.
 
Spośród 62 kół działających w kraju bielskie Koło jest liderem. W ubiegłym roku wydało 270 tysięcy posiłków, kolejne, które uplasowało się za bielskim - 100 tysięcy.
 
Tekst i foto: Ewa Faber (Kronika Beskidzka)