W tym roku na bielskich osiedlach doszło do kilku pożarów w szybach wind. Na szczęście, nie było ofiar, co nie znaczy, że tak będzie zawsze. Lokatorzy nie chcą dłużej prowokować losu. Czytelnik mieszkający na terenie Beskidzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej napisał do nas w tej sprawie maila. Prosi w nim portal o interwencję, gdyż wraz z sąsiadami boi się, że kolejny pożar w windzie zakończy się tragicznie.
 
 - W ciągu ostatnich kilku miesięcy to był kolejny pożar związany z szybem windowym na moim osiedlu. Wcześniej paliło się m.in. w maszynowni bloku przy Michałowicza - napisał do nas młody bielszczanin po nocnym pożarze w budynku przy ul. Reja. - Nasze bloki, a wraz z nimi windy mają przeszło 30 lat, więc takie sytuacje pewnie będą zdarzać się coraz częściej, stwarzając niebezpieczeństwo dla ludzi.
 
Z informacji uzyskanych od bielskiej straży pożarnej wynika, że w mijającym roku na terenie Bielska-Białej odnotowano siedem pożarów w szybach wind. W kilku innych przypadkach ratownicy interweniowali przy uwalnianiu osób uwięzionych w zepsutej windzie.
 
Pamiętają Gierka
 
Najczęściej strażaków wzywają lokatorzy, gdy zobaczą, że z ich bloku unoszą się kłęby dymu. Tak było miesiąc temu w budynku przy ul. Reja, który należy do Spółdzielni Mieszkaniowej Strzecha. Ratownicy zlokalizowali źródło zadymienia, którym okazały się spalone kable instalacji elektrycznej windy.
 
Najwięcej tego typu zdarzeń miało miejsce w budynkach Beskidzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Do jednego z nich doszło w sierpniu przy ul. Wadowickiej, kiedy spaleniu uległ silnik windy. Mniej więcej w tym samym czasie do pożaru silnika doszło także przy ul. Sterniczej, a w marcu na ul. Michałowicza. Gdy w trybie alarmowym strażacy przyjechali na ul. Malczewskiego ponownie okazało się, że dym wydobywa się z szybu windy, a jego źródłem są nadpalone kable elektryczne od mechanizmu dźwigu. Ogółem w br. na terenie BSM windy płonęły cztery razy.
 
Powyższe przykłady i strażackie raporty prowokują pytania o stan techniczne urządzeń na bielskich osiedlach. Według Urzędu Dozoru Technicznego, w Bielsku-Białej jest niemal 1500 wind. Wiele z nich zainstalowano za czasów Gierka i nikt nie jest w stanie zliczyć, ile razy pokonały trasę góra-dół i ile milionów osób przewiozły.
 
Boją się o swoje życie
 
Czy obawy lokatorów bielskich blokowisk o swoje zdrowie i życie są uzasadnione? - zapytaliśmy o to w Komendzie Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Bielsku-Białej. Uspokajającej odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Strażacy sprawdzają tylko w przypadku konkretnego zgłoszenia, czy obiekty spełniają wymogi przeciwpożarowe i czy są bezpieczne. O to samo próbowaliśmy zapytać w powiatowej inspekcji nadzoru budowlanego, ale inspektor Maria Przybyła nie chciała z nami na ten temat rozmawiać.
 
W Beskidzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej byli bardziej rozmowni. - Spółdzielnia ma podpisaną umowę na regularne prace konserwatorskie. Ponadto co roku Urząd Dozoru Technicznego wykonuje przeglądy i zawsze dopuszcza nasze urządzenia do użytkowania. Robimy wszystko, żeby zapewnić mieszkańcom maksimum bezpieczeństwa - zapewnił nas kierownik działu technicznego spółdzielni, Henryk Kubacki. 
 
Nasz rozmówca przyznaje, że pożary rzeczywiście miały miejsce. Nie były jednak rezultatem zaniedbań, ale winą wandali. Kierownik tłumaczy, że do pożarów nie doszło wskutek umyślnego podpalenia, lecz w rezultacie pośredniej ingerencji osób trzecich. - Włamania do szybów wind, do maszynowni, majstrowanie przy instalacji, to wszystko jest przyczyną późniejszych pożarów. Ale my nie jesteśmy w stanie nad tym w 100 proc. panować. Są zamontowane kamery, domofony, ale ludzie wpuszczają nieznajomych i tak się to potem kończy. Zresztą, nawet gdy udaje nam się namierzyć i złapać wandala, to potem jest wypuszczany ze względu na niską szkodliwość czynu.
 
Sąsiad najlepszym dozorcą
 
Zdaniem Henryka Kubackiego, na terenie spółdzielni nie ma niesprawnych wind, każda usterka usuwana jest natychmiast. Zapewniono nas, że nie dochodzi do sytuacji, kiedy dźwig stoi zepsuty przez kilka dni, a lokatorzy muszą wspinać się pod schodach do swoich mieszkań.
 
 - Najstarsze windy mają 30-40 lat - przyznaje kierownik, choć dodaje, że starsze urządzenia są sukcesywnie wymieniane na nowe. Średnio dwie winy rocznie. - Pożary wind zagrażają bezpieczeństwu lokatorów, ale spółdzielnia ze swojej strony robi wszystko co możliwe, żeby do nich nie dochodziło. Nowe windy mają specjalne antywłamaniowe zabezpieczenia. Reszta jest w rękach mieszkańców. Muszą kontrolować, kogo wpuszczają do bloku i czy po korytarzach nie kręcą się nieznajome osoby. Niestety, czasem sami lokatorzy okazują się wandalami.
 
Magdalena Dydo-Pyrchla