Trudno im o sponsorów, bo w naszym regionie sport ów nie jest zbyt popularny. Tymczasem Damian Herczyk jest wicemistrzem świata w MMA. Prowadzony przez niego w Bielsku-Białej klub Berserkers zaczyna się coraz bardziej liczyć w województwie śląskim. Wbrew obiegowej opinii, MMA nie jest dyscypliną dla kiboli wszczynających burdy na stadionach. W tym sporcie liczy się przede wszystkim technika i kondycja, a turnieje są często mniej brutalne i szkodliwe dla zdrowia zawodników niż walki bokserskie.
 
Na mistrzostwach Polski Południowej, które miesiąc temu odbyły się w Bochni zawodnicy bielskiego klubu zdobyli złoty (Damian Dittrich w kat. 63 kg junior) oraz srebrny medal (Bartosz Brytan w kat. 80 kg senior). Nieco wcześniej Damian Herczyk został w Serbii wicemistrzem świata w formule Combat Grappling, a Robert Bryczek udanie zadebiutował na zawodowym ringu, pokonując doświadczonego Łukasza Christa.
 
Jest to tylko część sukcesów, jakie odnoszą zawodnicy trenujący MMA w Berserkers Team Bielsko-Biała. Trener klubu, Damian Herczyk uważa, że wciąż nieduża popularność tej dyscypliny w naszym regionie jest konsekwencją niesprawiedliwego stereotypu, jakoby było to wyłącznie „mordobicie” z udziałem łysych facetów z pustymi głowami. Tymczasem MMA bywa mniej brutalne, a na pewno jest mniej szkodliwe niż popularny boks.
 
To nie są walki w klatkach!
 
 - Ludzie na ogół kojarzą MMA z walkami w klatkach za pieniądze - tłumaczy Herczyk. - A tak naprawdę MMA, to sama technika. Nawet kiedy zawodnicy leżą w parterze, nie szamocą się bezsilnie, ale skutecznie walczą. Są nawet tacy, którzy specjalnie sprowadzają walkę do parteru, bo wtedy czują się mocni.
 
Zdaniem trenera Berserkersów, podczas walki bokserskiej zawodnicy przez 12 rund otrzymują niekiedy setki ciosów w głowę zadanych dużą rękawicą. Tymczasem w trakcie walki MMA cios w głowę może nie paść wcale. A kiedy już do niego dojdzie, to dla przeciwnika często kończy się „nokautem”, gdyż zawodnicy walczą w mniejszych rękawicach. Siła uderzenia rozkłada się w nich zupełnie inaczej niż w boksie. - W MMA nie było dotąd żadnego przypadku śmierci na ringu - podkreśla bielski zawodnik.
 
Bywa, że do klubu przychodzą chłopcy przekonani, że treningi przydadzą im się w walkach ulicznych. - Owszem, miałem taki przypadek. Powiedziałem wtedy: powinieneś chłopcze wybrać - albo bijatyka na ulicy, albo praca w klubie. Na szczęście, wybrał właściwie - opowiada Damian.
 
Mięśnie nie są najważniejsze
 
W MMA nie liczą się mięśnie i siła, ale technika i kondycja. Zawodnik musi być szybki, świetnie posługiwać się rękami i nogami, walczyć na każdym poziomie. Nie może wyjść na ring z myślą: muszę „zniszczyć” przeciwnika w pierwszej rundzie, bo później nie będę miał już siły na dalszą walkę. Dlatego jeżeli zawodnik nie jest naprawdę dobrze przygotowany pod względem fizycznym, trener Herczyk nie dopuszcza go do zawodów.
 
 - Najbliższe zawody, Hadaka Waza odbędą się 18 grudnia w Bytomiu. Wolę, żeby pojechało na nie pięciu naprawdę dobrych chłopaków niż dziesięciu, którzy wrócą poobijani. Nie ma sensu ryzykować kontuzji - zapewnia trener Berserkers.
 
W tym sporcie amatorzy występują w kaskach i ochraniaczach, a walka składa się z jednej pięciominutowej rundy (plus dogrywka). Natomiast zawodowcy zakładają tylko ochraniacz na zęby i walczą dłużej - od dwóch do trzech rund po pięć minut każda. W Bielsku-Białej trenują dwie osoby na poziomie zawodowym, ale z zawodem de facto nie ma to nic wspólnego.
 
Waleczni jak Wikingowie
 
 - Na tym etapie pieniądze są raczej śmieszne - nie ukrywa nasz rozmówca. - Zawodnicy muszą więc pracować, a to utrudnia im treningi. Mimo to Rafał Haratyk i Robert Bryczek są już rozpoznawalni w świecie MMA. Jestem pewny, że wkrótce dołączą do polskiej czołówki i będziemy mogli oglądać walki z ich udziałem w telewizji. Trener z dumą podkreśla, że opiekuje się też kilkoma młodszymi chłopakami, z którymi wiąże duże nadzieje. Wśród juniorów wyróżnia się Paweł Żygliński. - Na Śląsku już się nas boją - uśmiecha się nasz wicemistrz świata.
 
Berserkers Team Bielsko-Biała jest filią najlepszego klubu w Polsce, którego właścicielem - a zarazem trenerem - jest utytułowany w brazylijskim jiu-jitsu Piotr Bagiński. Nazwa grupy odnosi się do historycznego oddziału Wikingów. - Krążą legendy, że kiedy Berserkersowi ucięli rękę, to podnosił ją i walczył nią dalej - tłumaczy trener.
 
Oczywiście, od swoich uczniów Herczyk tego nie wymaga. Podkreśla, że próbować odkryć swój talent albo po prostu zamiłowanie do walki może każdy. W bielskim klubie ćwiczą nie tylko zawodnicy biorący udział w turniejach, ale także osoby w różnym wieku - po prostu dla przyjemności. Obecnie na treningi przychodzi jedna dziewczyna. Rosnące zainteresowanie tą dyscypliną jest rezultatem telewizyjnych transmisji walk KSW (Federacja Konfrontacja Sztuk Walki).
 
Rosjanin odebrał mu złoto
 
Trener znad Białej zainteresował się MMA przed dekadą w Irlandii, gdzie przez jakiś czas mieszkał. Po powrocie do Polski założył klub, lecz zawsze trudno było o sponsorów. Obecnie jest ich trzech. Damian Herczyk zamierza zwrócić się o pomoc także do miasta. Uważa, że sukcesy jego podopiecznych w pełni go do tego upoważniają.
 
W najbliższym czasie chce ostro trenować, aby pojechać na mistrzostwa Europy w Belgii oraz mistrzostwa świata w Moskwie, gdzie zamierza zrewanżować się Rosjaninowi, który w Serbii odebrał mu złoto. Byłby zadowolony, gdyby z najbliższych zawodów w Bytomiu jego podopieczni przywieźli jeszcze więcej medali niż z poprzednich turniejów.
 
Magdalena Dydo-Pyrchla, Adrian Bojda