Kilkuminutowe oberwanie chmury angażuje zazwyczaj większe siły straży pożarnej niż niejeden poważny pożar. Strażacy nie prowadzą statystyk, które pokazywałyby w jednoznaczny sposób ile kosztują akcje związane z pompowaniem wody z zalanych piwnic czy budowy ochronnych obwałowań w czasie ulewnych deszczów, które coraz częściej przechodzą przez Podbeskidzie. Można wszakże przyjąć, iż akcje te pochłaniają lwią część strażackiego budżetu.
 
Brygadier Tadeusz Szkucik, naczelnik wydziału operacyjno-szkoleniowego Państwowej Straży Pożarnej w Bielsku-Białej obrazowo wyjaśnia, że akcja gaszenia ogromnego pożaru budynku na stacji PKP (pisaliśmy o tym), przed Wielkanocą, w której uczestniczyło kilkanaście jednostek straży pożarnej, kosztowała może nawet mniej niż z pozoru proste usuwanie skutków kilkunastominutowej ulewy, jaka przeszła w ostatni dzień czerwca nad bielskimi Mikuszowicami oraz częścią gminy Wilkowice.
 
Setki zalanych piwnic, zniszczone drogi, a nawet zerwany most, to bilans tego krótkiego, aczkolwiek niezwykle intensywnego deszczu. Aby wypompować z piwnic wodę, trzeba było zaangażować kilkuset strażaków, zarówno zawodowych, jak i ochotników. A i tak strażacy nie byli w stanie „obsłużyć” w szybkim czasie wszystkich zalanych budynków. Choć zdarzały się też sytuacje, że wezwani na pomoc ratownicy nie mieli czego pompować, bo zanim dotarli na miejsce, woda zdążyła już wypłynąć z piwnicy czy zalanego garażu.
 
Jak przyznają strażacy, akcje takie są bardzo kosztowne. Angażują ogromne siły i środki oraz pochłaniają setki litrów drogiego paliwa zużywanego chociażby przez motopompy, a w czasie akcji zużyciu ulega sprzęt strażacki. Zwłaszcza węże, których używa się całe kilometry, więcej niż przy pożarach. Po akcji powodziowej, najczęściej nadają się już tylko do wyrzucenia.
 
 - Większość rozwiniętych podczas akcji powodziowych węży leży na drogach i ulicach, po których w tym czasie jeżdżą samochody - mówi Tadeusz Szkucik dodając, że odcinek węża pożarniczego może kosztować nawet kilkaset złotych.
 
Ale zdarzają się też w akcjach powodziowych większe straty. Jak choćby rozprucie kosztującego kilkanaście tysięcy złotych pontonu. Stało się tak w ubiegłym roku, gdy strażacy ratując zalewanych mieszkańców Czechowic-Dziedzic wpłynęli pontonem na niewidoczny z powierzchni wody zatopiony płot. W ogóle ubiegłoroczna powódź była pod tym względem wyjątkowo dla strażaków kosztowna. Wiele sprzętu używanego w jej trakcie trzeba było zezłomować.
 
Na szczęście, dzięki pieniądzom przekazanym straży pożarnej zarówno przez rząd, jak i samorządy lokalne, straty te udało się uzupełnić. Podbeskidzcy strażacy - w tym jednostki ochotnicze - dostali wtedy między innymi kilka solidnych płaskodennych łodzi ratunkowych. Obecnie trwa szkolenie ich załóg. Ten rok - choć zdążył już postraszyć kilka razy mocnymi opadami - na razie tak obfitujący w powodzie nie jest.
 
Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)