W gimnazjum w Wapienicy jest bomba! Trzeba natychmiast ewakuować uczniów szkoły oraz dzieci ze znajdującego się w sąsiedztwie przedszkola! Taka wiadomość zelektryzowała wczesnym popołudniem, w piątek, 3 czerwca, mieszkańców tej bielskiej dzielnicy. Fałszywy alarm jak wiele innych? Głupi żart, a ewakuacja to tylko formalność? Nie tym razem...
 
Bomba była prawdziwa, lotnicza z czasów II wojny światowej. Na groźny, 200-kilogramowy niewybuch natknęli się około 12.30 robotnicy budujący nowy budynek wapienickiego gimnazjum. Okopywali fundamenty wokół wybudowanej już praktycznie szkoły, gdy natrafili na groźne żelastwo znajdujące się tuż pod powierzchnią ziemi.
 
Jak to możliwe, że bomba przetrwała tu tak długo, nienaruszona? Przecież kilkanaście miesięcy wcześniej, gdy budowa szkoły ruszała, w związku z stawianiem fundamentów cały teren przekopywał - metr po metrze i bardzo głęboko - ciężki sprzęt. Działka, na której powstaje nowy budynek gimnazjum, porośnięta była ponadto starymi drzewami i całość karczowano.
 
 - Tu akurat była alejka. No i wygląda na to, że ta bomba tak sobie przeleżała, przez nikogo nie ruszana. Szczęście, że teraz tu się łopatami pracowało, a nie koparką, bo nie wiem jak by się to skończyło - powiedział nam jeden z nielicznych robotników, którzy - gdy reporter „Kroniki” przybył do Wapienicy - właśnie zwijali się z zagrożonego placu budowy.
 
Bardzo sprawnie i bez najmniejszych problemów odbyła się ewakuacja gimnazjum. Przed 13.00 w szkole nie było już części dzieci, które zajęcia skończyły wcześniej i poszły do domów. Reszta wyprowadzona została na szkolne boisko, czyli w miejsce bezpieczne, bo oddzielone od zagrożonego detonacją placu budowy budynkiem starej szkoły. Na boisku ewakuowani uczniowie też zbyt długo nie zabawili, bo dyrektorka szkoły - ku wyraźnej uciesze młodych ludzi - podjęła decyzję o ich zwolnieniu do domu. Uczniowie, z którymi rozmawialiśmy na boisku, na przejętych całą sytuacją nie wyglądali. Niektórzy wiedzieli, że na budowie ich nowej szkoły znaleziono bombę, inni twierdzili, że ulatnia się gaz. Mniej rozmowna była wyraźnie podenerwowana całą akcją dyrektorka szkoły, która kategorycznie odmówiła udzielania informacji.
 
Dużo większy problem z ewakuacją był w przedszkolu, znajdującym się po drugiej stronie działki, na której budowana jest szkoła. Gdy dyrekcja placówki otrzymała informację o zagrożeniu, maluchy - w sumie 125 dzieci - właśnie leżakowały po obiedzie. - Chaosu jednak nie było. Wszystko poszło sprawnie, jak na ćwiczeniach. Nasze maluchy stanęły na wysokości zadania - powiedziała nam dyrektorka ewakuowanego przedszkola. - Nasz problem na tym się jednak nie skończył, bo musieliśmy jeszcze dodzwonić się do rodziców dzieci, które z przedszkola trzeba było odebrać.
 
Gdy reporter „Kroniki” był w Wapienicy, ostatni rodzice przyjeżdżali po swoje pociechy. Niektórzy byli wyraźnie przejęci, zwłaszcza że z przedszkolnego ogrodu odbierali dzieci tak, jak je wyprowadzono, w obuwiu zamiennym na nogach.
 
Cały teren został ogrodzony taśmą przez pilnujących niewybuchu policjantów. Wielu ludzi było zdumionych, gdy okazało się, że saperzy z Gliwic mogą zabrać niebezpieczne znalezisko dopiero następnego dnia przed południem.
 
Tekst i foto: Łukasz Piątek (Kronika Beskidzka)