Mieszkańcy Cygańskiego Lasu nie chcą u siebie samochodów nauki jazdy. W tej sprawie zwrócili się do prezydenta Jacka Krywulta, który podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej zapewniał, że wspólnie z Wojewódzkim Ośrodkiem Ruchu Drogowego w Bielsku-Białej oraz policją podejmie odpowiednie działania.
 
Radna Dorota Piegzik-Izydorczyk odczytała na sesji list mieszkańców Mikuszowic Śląskich i Cygańskiego Lasu. Jego autorzy zwracają się z prośbą do prezydenta Jacka Krywulta o ograniczenie ruchu samochodów nauki jazdy na terenie ich dzielnicy. „Samochody nauki jazdy poruszają się po dzielnicy Mikuszowice Śl. już nie pojedynczo, ale stadami. Potrafi jechać nawet jeden po drugim pięć. To stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla ruchu w dzielnicy, blokowane są skrzyżowania (...). Proszę nie zrozumieć nas, że jesteśmy egoistami. Każdy może zdobywać wiedzę, ale czy (...) w naszej dzielnicy musi ćwiczyć półtora województwa?”
 
Jacek Krywult przyznał, że zna problem. Występuje on we wszystkich 49 miastach, w których funkcjonują WORD-y. - Podejmujemy pewne działania, ale nie jestem w stanie zrobić niektórych rzeczy, bo tego zabrania prawo o ruchu drogowym - odparł prezydent. - Jest jedno rozwiązanie. Trzeba utworzyć więcej WORD-ów, także w mniejszych miejscowościach. To co się obecnie u nas dzieje, to jest blokada miasta. Nasze bielskie rejestracje, to ok. 10-20 proc. Reszta aut jest spoza Bielska-Białej!
 
Sprawdziliśmy, o jakich działaniach podejmowanych z WORD-em i policją mówił prezydent. Okazuje się, że w większości chodzi o półśrodki.
 
 - Próbujemy podejmować działania przede wszystkim na zasadzie utrzymywania kontaktów z ośrodkami szkolenia kierowców. Chodzi o to, żeby spróbowali „rozproszyć” po mieście L-ki. Nie mamy podstaw do innego działania - wyjaśnia zastępca dyrektora bielskiego WORD, Jerzy Balon. - Na początku 2012 roku pojawią się nowe możliwości, bo wejdzie w życie nowa ustawa o kierujących pojazdami.

Część miasta należy do „elek”
 
Aby zmniejszyć uciążliwość samochodów nauki jazdy m.in. w Cygańskim Lesie czy Mikuszowicach, WORD polecił egzaminatorom prowadzić jazdy egzaminacyjne na różnych trasach. Chodzi o to, żeby nie było kilku miejsc, do których zawsze zabiera się osoby zdające egzamin. - Problem w tym, że egzamin może trwać maksymalnie 40 minut. W tym czasie, zwłaszcza w godzinach szczytu, nie da się zajechać na koniec miasta, by przeprowadzić wszystkie elementy egzaminu i wrócić do siedziby - podkreśla Jerzy Balon.
 
W tej sytuacji trudno dziwić się, że na drogach w sąsiedztwie punktu egzaminacyjnego aż roi się od „elek”. W samym Bielsku-Białej zarejestrowanych jest 66 szkół nauki jazdy. Na Podbeskidziu może ich być nawet 500, przy czym niektóre mają nawet po kilkanaście samochodów. Praktycznie wszyscy przyjeżdżają ćwiczyć do Bielska-Białej!
 
W bielskim WORD dość sceptycznie komentowany jest pomysł powołania ośrodków ruchu drogowego w mniejszych miejscowościach. Wiadomo bowiem, że jego realizacja oznaczałaby dla Bielska-Białej odpływ klientów, a w konsekwencji wzrost kosztów egzaminów. Druga sprawa, że osoby uczące się jeździć i zdające egzamin w małych miejscowościach nie mogłyby ćwiczyć poruszania się po większych miastach, gdzie są duże, bardziej skomplikowane skrzyżowania. W 2009 roku pojawił się poselski projekt ustawy umożliwiającej zdawanie egzaminów także w miastach, w których nie ma WORD, ale słuch o nim zaginął.
 
Nie można postawić zakazów
 
Spółdzielnie Mieszkaniowe czy hipermarkety radzą sobie z L-kami w inny sposób. Niektóre z nich przed wjazdami na swoje parking postawiły znaki „zakaz wjazdu samochodom nauki jazdy”. Mają do tego pełne prawo, gdyż są zarządcami dróg. Pojawiają się więc sugestie, żeby także w mieście postawić znaki zakazujące manewrowania w miejscach, gdzie L-ki nagminnie zawracają lub parkują.
 
Naczelnik wydziału ruchu drogowego bielskiej KMP Krzysztof Gałuszka wyjaśnia, że nie można zabronić wszystkim ludziom w mieście zawracania w określonym miejscu tylko dlatego, że z możliwości tej korzystają także instruktorzy z kursantami. Nie ma prawa, które pozwalałoby zabronić tego wyłącznie „elkom”.
 
 - Rzeczywiście, np. na ul. Armii Krajowej, Olszówki czy Młodzieżowej jest natłok pojazdów nauki jazdy - podkreśla Gałuszka. - Co jakiś czas prowadzimy działania nakierowane właśnie na te samochody. Nie chodzi o to, żeby kogoś prześladować. Po prostu sprawdzamy, czy stan pojazdów jest właściwy, czy instruktorzy mają ważne legitymacje, czy kursant posiada kartę zaliczeń. Od czasu do czasu spotykamy się także z instruktorami szkół jazdy. Tłumaczymy, w jaki sposób mogliby usprawnić działanie całego systemu.
 
Wszystko w rękach instruktorów
 
Naczelnik Gałuszka nie ukrywa, że zdarzyło mu się już widzieć instruktora, który rozmawiał przez komórkę, czytał gazetę lub nawet spał, podczas gdy wystraszony kursant jechał zaledwie 40 km/h, blokując ruch. W podobnych przypadkach policja odpowiednio reaguje, lecz na tym jej uprawnienia się kończą.
 
Zdaniem naszych rozmówców, sytuację na bielskich ulicach mogą poprawić instruktorzy jazdy. Problem polega na tym, że większość z nich - zamiast uczyć jeździć w każdych warunkach i na każdej drodze - przygotowuje kursantów wyłącznie do zaliczenia egzaminu. Gdyby OSK z pobliskich miejscowości uczyły jeździć na swoim terenie, a ich auta przyjeżdżałyby do Bielska-Białej tylko na kilka ostatnich godzin kursu, sprawa wyglądałaby inaczej. Przecież równie dobrze można uczyć parkowania w Wapienicy, w Cygańskim Lesie czy w Kozach.
 
Magdalena Dydo