Blady strach padł na mieszkańców ulic Władysława IV i Jana Kazimierza w bielskiej dzielnicy Lipnik. Ludzie boją się nie o siebie, ale o zdrowie i życie swoich czworonogów, które od kilkunastu miesięcy zdychają wyraźnie przez kogoś trute. Za rękę nikogo nie złapano, ale sytuacja, w której psy padają jeden po drugim, a lekarze weterynarii bezradnie rozkładając ręce wskazują na działanie trutki, wydaje się jednoznaczna. Truciznę ktoś musi na ogrodzone posesje podrzucać.
 
Zdesperowani mieszkańcy liczą, że na pytanie kto stoi za barbarzyńskim procederem i z jakich powodów uwziął się na psy, odpowie policja, którą w ostatnich dniach marca zaalarmowali. Okolica, w której właścicielom zdychają psy, to typowe przedmieście. Domy usytuowane przy ulicach Władysława IV i Jana Kazimierza stoją w dużych ogrodach. Biegające po nich czworonogi - posesję, na której nie byłoby tabliczki ostrzegającej przed szczekającym „gospodarzem” trudno znaleźć - spędzają tu praktycznie całe życie. Ponieważ mają do dyspozycji duże, pełne zieleni ogrody, właściciele, w przeciwieństwie do tych, którzy trzymają psy w blokach, rzadko zabierają je na spacery. Prawdopodobieństwo, że psy - zwłaszcza spuszczone ze smyczy - zjadły coś biegając w czasie spaceru, jest więc bliskie zeru.
 
Tymczasem psy padają, a fakt, że dzieje się to w jednej okolicy, niemal dom obok domu, wygląda groźnie. Na okolicznych posesjach pozostało jeszcze trochę żywych psów i w obawie o ich zdrowie i życie jeden z mieszkańców, któremu otruto już dwa czworonogi, postanowił zawiadomić policję. Licząc, że jeśli wokół sprawy zrobi się głośno, truciciel się wystraszy i przestanie zabijać bezbronne zwierzęta, nasz czytelnik postanowił problem przedstawić również „Kronice Beskidzkiej”...
 
 - Sprawa wygląda naprawdę dramatycznie, bo psy giną jeden po drugim. Doszło do paradoksalnej sytuacji, w której zamiast psy chronić nas, my musimy je chronić. Ja straciłem już dwa. Pierwszego - mieszańca - otruto mi jesienią 2009 roku. Wówczas nie podejrzewałem jednak, że pies mógł zostać otruty. Teraz straciłem kolejnego czworonoga. Mimo starań weterynarza, po kilku dniach walki, trzeba było uśpić niespełna pięcioletnią suczkę dobermana Stigę. Teraz wiem na pewno, że przyczyną śmierci było otrucie. Weterynarz - mam to na piśmie - stwierdził, że wymiotujący krwią i umierający w męczarniach pies - miał typowe objawy działania trucizny. Zdaniem weterynarza mogła to być na przykład trutka na szczury, podrzucona na moją posesję w kawałku kiełbasy. Śmierć drugiego psa sprawiła, że postanowiłem zawiadomić policję, ale w tej sprawie chodzi nie tylko o moje psy, ale również i psy sąsiadów - mówi Robert Kwaśny, który zwrócił się w tej sprawie do naszej redakcji.
 
Mieszkaniec ulicy Władysława IV wylicza, że oprócz jego dwóch czworonogów, sąsiadom - i tym mieszkającym bliżej, i nieco dalej - zdechły w sumie kolejne trzy psy, a jednego, choć z silnymi objawami zatrucia, udało się uratować. Dwa tygodnie przed śmiercią dobermanki Roberta Kwaśnego, u sąsiadów padły bokser i wilczur. Wcześniej, dokładnie rok temu, innemu z kolei sąsiadowi zdechł wilczur. Jeszcze innej sąsiadce próbowano otruć małą suczkę. Musiała zjeść niewiele trutki i w porę trafiła do weterynarza, więc udało się ją cudem odratować. Rozmawialiśmy z mieszkańcami, którym w kwietniu ubiegłego roku zdechł wilczur. I oni nie mają wątpliwości, że ich psa musiał ktoś otruć. Zwierzę zdechło w potwornych męczarniach, wymiotując krwią. I ci ludzie podkreślają, że badań toksykologicznych zwierzęcia nie przeprowadzano, ale weterynarz jednoznacznie orzekł, że pies musiał zjeść truciznę.
 
 - Jesteśmy przerażeni - mówi sąsiadka właścicieli otrutego psa, której młody, trzyletni wilczur Ares, wesoło biega po całej posesji. - Codziennie rano zaczynamy od przejścia po całej posesji i sprawdzenia, czy gdzieś pod płotem albo w krzakach nie leży coś podejrzanego. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt z sąsiadów - ani tych, którym psy otruto, ani tych, którzy psy jeszcze mają - nie ma bladego pojęcia, kto i dlaczego się na nasze psy uwziął. Nikt się tu z nikim nie kłóci, a już na pewno nie o szczekającego psa, bo pies jest tu w każdym niemal domu. Mieszkam tu od 30 lat i zawsze miałam psa. W tej okolicy biegający po ogrodzie pies to norma. Nikt też nie zauważył obcych, zwłaszcza takich, którzy mogliby wyglądać na ludzi mających wrogie zamiary wobec naszych zwierząt.
 
Na obcą osobę, tyle że bez wyraźnego przekonania co do winy, wskazuje Robert Kwaśny, który jakiś czas temu zwrócił uwagę na młodego mężczyznę w bluzie z kapturem, który kręcił się po okolicy. - Ten młody człowiek nie wyglądał mi na kogoś, kto truje psy, ale zwróciłem na niego uwagę, bo generalnie obcy się po naszej, spokojnej okolicy nie kręcą. Po co ktoś miałby truć nasze psy? Jak inni, też nie mam pojęcia. Konflikt można raczej wykluczyć, bo dramat dotknął kilku różnych sąsiadów. Słyszałem oczywiście o tym, że psy truje się przed planowanym włamaniem do budynku. Tyle że psy giną od przeszło roku, a włamań nie było, ani u mnie, ani u sąsiadów - dodaje.
 
Rzecznik prasowy bielskiej komendy policji Elwira Jurasz przyznaje, że w ostatnich dniach marca mieszkaniec ulicy Władysława IV zgłosił sprawę domniemanego otrucia swoich dwóch psów. Poinformował policję i o tym, że psy sąsiadów także zdechły w dziwnych okolicznościach. Zgłaszający mówił o obcym, około 20-letnim mężczyźnie w białej bluzie, który kręcił się po okolicy. Co bardzo ważne, zwrócił uwagę na fakt, że wysiadł z pozostawionego przy drodze szarego punto. Jego numery rejestracyjne też zostały podane policji...
 
 - Sprawa jest wyjaśniana. Policjanci będą rozmawiać z sąsiadami. Lepiej przyjrzą się też całej okolicy. Sprawdzony zostanie właściciel widzianego w okolicy pojazdu. Policjanci dotrą też do weterynarzy, którzy próbowali ratować zdychające psy i - jeśli to będzie możliwe - zabezpieczą dokumentację dotyczącą ich leczenia oraz stwierdzonych przez lekarzy przyczyn śmierci - powiedziała „Kronice” Elwira Jurasz. - Za otrucie psa grozi kara do roku pozbawienia wolności. Na tym etapie jest jednak stanowczo za wcześnie, by mówić o odpowiedzialności konkretnych osób.
 
Tekst i foto: Łukasz Piątek (Kronika Beskidzka)