Czytelnik przysłał nam zdjęcie, na którym widać kartkę z ogłoszeniem: „Pisanie prac: na zaliczenie, licencjackich, magisterskich”. Wykonywanie prac na zamówienie jest zjawiskiem tyleż nagannym pod względem moralnym, co rozpowszechnionym nie tylko w bielskim środowisku akademickim. Dlatego oferta nie zwróciłaby uwagi naszego Czytelnika, gdyby nie to, że kartka wisiała obok dziekanatu Akademii Techniczno-Humanistycznej. Rektor ATH przyznaje, że problem zna i zapewnia, że walczy z nim z całych sił. Za przeciwników ma jednak całą rzeszę osób oferujących takie usługi, w tym swoich byłych studentów...

Kiedy studia były luksusem stanowiącym o statusie społecznym obywatela, studiowali nieliczni i fakt przynależności do społeczności akademickiej traktowali jako przywilej. Obecnie w szybkim tempie przybywa osób z wyższym wykształceniem i tytuł zawodowy przed nazwiskiem staje się społeczną normą. Młodzi bielszczanie mają w czym wybierać. Są zwolennicy uczelni publicznych i tacy, którzy decydują się na szkołę prywatną, mając nadzieję, że uda im się kupić tytuł. Niektórzy - niezależnie od typu uczelni - kupowanie wykształcenia pojmują bardzo dosłownie.
 
Oszustwo dla papierka
 
 - Po prostu nie chciało mi się - przyznaje mieszkający w Bielsku-Białej absolwent Uniwersytetu Śląskiego (personalia do wiadomości redakcji). Za tytuł zapłacił 2 tys. zł. - Nie musiałem nic robić. Dostałem gotową 100-stronicową pracę do ręki, przeczytałem ją kilka razy i obroniłem bez żadnego problemu.
 
Magister socjologii z dyplomem UŚ tłumaczy, że w całej tej hecy zwanej studiami chodziło mu tylko o papierek. - Bo bez niego jest się dzisiaj nikim. Czy uważa, że zrobił coś złego? - Nie, bo niby komu miałbym zaszkodzić? Według różnych badań, opinię tę podziela aż do 25 proc. studentów, których prace w mniejszym lub większym stopniu są plagiatami. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że zarówno przepisywanie fragmentów książek bez podania źródła, jak i podpisywanie się pod pracą nieswojego autorstwa, jest plagiatem.
 
Niektórzy bielscy studenci są gotowi zapłacić za „mgr” przed nazwiskiem od kilkuset do 2 tys. zł. Ofert nie brakuje. Wystarczy wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarce, a w mig otrzymamy setki konkretnych propozycji z adresami e-mail, numerami telefonów i gadu-gadu. Przy większości znajdujemy informacje o zakresie oferowanych usług (prace maturalne, dyplomowe, zaliczeniowe), terenie działalności (w tym przypadku: Bielsko-Biała i okolice) i krótki opis usługi, np. „Zapewniamy profesjonalizm, oryginalność, wysoką jakość, rzetelność, terminowość, anonimowość”. Albo: „Wykonuję analizy do badań i prezentacje multimedialne. Zajmuję się również korektą stylistyczną i edycją prac oraz wyszukiwaniem rzadkich bądź trudno dostępnych materiałów”.
 
Specjaliści w każdej dziedzinie
 
W jakim zakresie tematycznym poruszają się osoby piszące prace na zamówienie? Zaczyna się od marketingu i zarządzania, poprzez turystykę i politologię, na bankowości kończąc. Czy jedna osoba może być specjalistą w tylu dziedzinach? Studenci decydujący się na tego rodzaju usługi powinni wiedzieć, że nie mają do czynienia z geniuszem, lecz raczej z osobą, która liczy na ich naiwność i łatwy zarobek.
 
Korzystając z wyszukiwarki, sporządziliśmy listę „geniuszy” i skontaktowaliśmy się z nimi. Podawaliśmy się za studentów. Wszyscy nasi rozmówcy bardzo ostrożnie udzielali odpowiedzi na pytania. Kiedy na koniec ujawniliśmy prawdziwą przyczynę kontaktu, zaledwie dwie osoby zgodziły się podzielić się z nami swoim doświadczeniami w działalności usługowej w środowisku akademickim. Oczywiście, anonimowo.
 
 - Jedni chcą tylko, żeby im plan napisać, inni wysyłają jeden rozdział do poprawki. Trudno podać konkretne ceny - wyznał pierwszy rozmówca. Mimo kilkakrotnych próśb, nie podał żadnej konkretnej stawki. Zapytany o zakres tematyczny „pomocy” odpowiedział, że jeżeli dostarczone zostaną mu odpowiednie materiały, to jest w stanie napisać każdą pracę. Ale na nadmiar zajęć nie narzeka. Obok tygodni „suchych”, bywają i takie, kiedy jest kilka telefonów. Najczęściej zleceniodawcy mówią, że muszą oddać gotową pracę za tydzień.
 
 - Wielu klientów chce, żeby im sprawdzić pracę. Często mają problem z częścią badawczą. Po prostu, nie wiedzą, jak się za to zabrać - podkreśla inny.  Zapytany o cenę porad tłumaczy, że każda wyceniana jest indywidualnie. Zapewnia, że dotąd nie zdarzyło się, aby zleceniodawca nie obronił napisanej przez niego pracy.
 
Czujni promotorzy w ATH
 
 - Wiem, że między studentami krążą takie oferty - mówi prof. Ryszard Barcik. - Nasi słuchacze powinni pamiętać, że podpisują oświadczenie, iż pracę wykonali osobiście. Jeżeli nawet po obronie wyjdzie na jaw, że oświadczenie nie było oparte na prawdzie, to można unieważnić egzamin i cofnąć nadany tytuł.
 
Rektor ATH zapewnia, że jego uczelnia posiada mocne zabezpieczenia antyplagiatowe. Począwszy od specjalnego programu, po czujne oko recenzenta i promotora. - Jeżeli któryś z nich dostrzeże, że choćby jeden akapit jest przepisany z innej książki bądź z internetu bez podania źródła, wtedy student może liczyć się z tym, że sprawa trafi do prokuratury, a on zostanie wydalony z uczelni. Przyznam, że nie sięgamy po tak drastyczne środki i dajemy studentowi szansę na ponowne napisanie pracy - tym razem samodzielnie. Na potwierdzenie tej deklaracji, rektor podaje przykład z niedalekiej przeszłości, kiedy przed samym egzaminem końcowym wycofał prace dwóch osób.
 
Profesor Barcik przypomina, że egzamin magisterski nie polega wyłącznie na napisaniu kilkudziesięciu czy kilkuset stron. Komisja egzaminacyjna zadaje także pytania dotyczące pracy oraz całego toku studiów. Jeżeli student nie wykonał pracy samodzielnie, to przy niektórych pytaniach może zostać zdemaskowany. Rektor podkreśla, że falsyfikaty powinny być wyłapywane przez promotora już na etapie konsultacji. Ostrzega także, żeby nie ufać osobom, które przedstawiają się jako specjaliści. Niektórzy z nich są studentami - i to niekoniecznie wzorowymi - którzy chcą po prostu dorobić.
 
To może dużo kosztować
 
Nawet najkosztowniejsze oferty nie gwarantują jednak powodzenia na egzaminie. Zbierając materiały do tego artykułu, dotarliśmy do studentki, która zapłaciła tysiąc złotych za pracę licencjacką, a później okazało się, że był to plagiat wykonany na podstawie trzech stron internetowych metodą „kopiuj-wklej”. Oczywiście, kontakt z usługodawcą urwał się, zaś poszkodowana bez tysiąca w portfelu musiała spojrzeć w oczy promotorowi.
 
W świetle prawa przedstawienie zakupionej pracy dyplomowej wraz z fałszywym oświadczeniem w sprawie jej autorstwa jest przestępstwem, za które grozi kara pozbawienia wolności do lat trzech.
 
Magdalena Dydo