Robert Kasperczyk zakończył karierę piłkarską dosyć wcześnie, bo w wieku 25 lat. Droga do ławki trenerskiej na poziomie I ligi nie była usłana różami. Najpierw przydarzył się epizod korupcyjny w Hutniku Kraków. Później nie przelewało mu się w KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Gdy był w drodze na pierwszy trening w Podbeskidziu, miał wypadek samochodowy. Jego pojazd dachował, ale Kasperczyk wyszedł z kraksy bez szwanku. Początki pracy pod Klimczokiem nie należały do łatwych. Po serii słabszych spotkań, wielu kibiców w Bielsku-Białej domagało się jego dymisji. Los jednak odmienił się i Kasperczyk już w czerwcu może zostać trenerem, który wprowadzi bielski klub do piłkarskiej ekstraklasy.
 
Rozmowa z trenerem Podbeskidzia, Robertem Kasperczykiem
 
Czy jako trener piłkarski myślał Pan już o zmianie fachu na bardziej stabilny?
 
 - Można powiedzieć, że niewielkie symptomy zwątpienia miałem w Górniku Wieliczka. Mimo dobrych wyników, kopalnia wycofała się z dotowania klubu i drużyna była na krawędzi istnienia. Później znalazłem się w KSZO. Było jeszcze gorzej. Cały sztab szkoleniowy był traktowany po macoszemu. Pracowaliśmy na zasadzie samozatrudnienia, a klub wystawiał nam faktury, które musieliśmy opodatkować sobie sami, nie mając z czego utrzymać rodzin. Nie ukrywam, że był to najgorszy okres w mojej karierze trenerskiej, lecz mimo to udało mi się zostawić zespół z dorobkiem 25 punktów po rundzie jesiennej.
 
Terminowe przelewy
 
A Podbeskidzie pod względem organizacyjnym jest gotowe na ekstraklasę?
 
 - Wbrew pozorom, ekstraklasa nie jest „krainą niedostępności”. Utarło się takie przekonanie, że tylko bogaci mogą w niej występować. Przykłady Ruchu Chorzów i Polonii Bytom, które borykają się z niemałymi problemami finansowymi pokazują, że tak nie jest. Wizytę w naszym klubie złożyła komisja licencyjna i z tego co mi wiadomo, podsunięto nam kilka wskazówek dotyczących choćby stadionu. Po niewielkich korektach, licencja na grę w ekstraklasie zostałaby nam przyznana. Jeśli chodzi o płace, to z pewnością nie dorównujemy Pogoni Szczecin, GKS Katowice czy Bruk-Betowi Nieciecza, ale za to u nas wypłaty przelewane są terminowo. Rynek jest tak ciasny, że możemy pozyskać wartościowych graczy za niewielkie pieniądze.
 
Kadra Podbeskidzia prezentuje się bardzo solidnie. Do tego stopnia, że ma Pan problem z zestawieniem wyjściowej jedenastki w pierwszych wiosennych meczach.
 
 - Bardzo mi zależało na tym, aby wzmóc rywalizację szczególnie w drugiej linii. Jeśli chodzi o defensywę, to nie było takiej potrzeby, ponieważ najmniej straconych bramek z całej ligowej stawki mówi samo za siebie. Chciałem mieć szeroką kadrę, gdyż zapowiada się, że wiosna będzie trudna. W składzie na pewno będą roszady i każdy z zawodników będzie miał okazję wykazać się.
 
Mróz hartuje „Górali”
 
Jest Pan zadowolony z okresu przygotowawczego? Inni pierwszoligowcy trenowali w słonecznej Turcji, a Podbeskidzie w mroźnym Kleszczowie i Gutowie Małym.
 
 - W listopadzie ub.r. pojawił się temat zagranicznego wyjazdu i natychmiast tę ewentualność wykluczyłem. Na zagranicznych zgrupowaniach nie wszystko udaje się zapiąć na ostatni guzik. Z tego co słyszę, pojawiają się problemy logistyczne, zmiany hoteli i boiska też są często kiepskiej jakości. Poza tym, same podróże w tak odległe zakątki są męczące. Raz w swojej karierze byłem z drużyną w Grecji i po zgrupowaniu nie odczułem skoku jakościowego w przygotowaniach. Jedyną korzyścią jest trenowanie na naturalnych nawierzchniach, co może mieć znaczenie w pierwszych wiosennych meczach. Warunki w Kleszczowie i Gutowie mieliśmy znakomite. Jestem z nich bardzo zadowolony.
 
Dlaczego tak wielu sparingpartnerów Podbeskidzia było z niższych lig, a zaledwie kilku z ekstraklasy. Skąd takie proporcje?
 
 - Wie Pan, czasami wypije ktoś dwa piwa i powie, że przeciwnik Podbeskidzia był za słaby. W lecie też graliśmy często z niżej notowanymi rywalami i wszyscy później widzieliśmy, jaką mieliśmy jesień. Proponuję zostawić trenerom to, co trenerskie.
 
Statystyki nie kłamią
 
Proszę przedstawić nowych zawodników w drużynie i zdefiniować ich role w zespole.
 
 - Marka Sokołowskiego nie trzeba przedstawiać. Ma bardzo dużą motywację i fajny charakter. Umiejętności czysto piłkarskie na poziomie ekstraklasowym. Widać, że ostatnio grał w linii obrony, ale nam może pomóc także jako gracz drugiej linii. To zawodnik, który pozwoli na stabilizację w tej formacji. U mnie nikt nie ma abonamentu na grę i swoje miejsce w składzie Marek będzie musiał wywalczyć. Przymierzany jest na prawą stronę i może stanowić znakomity duet ze Sławkiem Cienciałą, którego będzie miał kto asekurować. Jeśli chodzi o Frantiska Metelkę, to zdecydowaliśmy się na niego, bo jest to zawodnik, który ostatnio grał regularnie. Jest wszechstronny, dobrze radzi sobie w pojedynkach główkowych. Nie zapominajmy o Krzysztofie Zarembie, który dojrzał już mentalnie i jak stwierdził mój asystent Bogdan Wilk, chłopak zrobił postęp. O prawo gry będzie rywalizował z Robertem Demjanem i Adamem Cieślińskim. Krzysiek pracuje ciężko i jest bardzo bliski wywalczenia miejsca w podstawowej jedenastce. W tej formacji mamy jeszcze Sylwestra Patejuka i Piotra Malinowskiego, który w sparingach pokazał się z bardzo dobrej strony.
 
W rundzie wiosennej rywale będą traktowali Pana zespół inaczej niż jesienią. W większości spotkań będziecie faworytami. Jak poradzicie z tym dodatkowym obciążeniem?
 
 - Statystyki nie kłamią. Niemal wszystkie drużyny, które zdobywały awans w ostatnich latach, traciły wiosną więcej punktów. Wyjątkiem był tylko Górnik Zabrze, który miał słabą jesień, a wiosną nadrabiał straty. Drużyny walczące o utrzymanie podwójnie mobilizują się po zimowej przerwie. To nie jest z mojej strony asekuracja. Zapewniam jednak, że do wiosennej rywalizacji przystępujemy z optymizmem.
 
Na „zero” z tyłu
 
W karierze zawodniczej był Pan napastnikiem. Na treningach chyba najwięcej ma Pan do przekazania właśnie snajperom?
 
 - Od formy strzeleckiej w naszej drużynie jest trener Wilk. Mimo, że zdobywamy dużo bramek, życie mnie nauczyło, że najpierw trzeba się zatroszczyć, by zagrać na „zero” z tyłu. W piłce liczą się zwycięstwa, a nie tylko zdobyte bramki. Cieszy mnie, że mamy najwięcej goli strzelonych w lidze, ale chyba bardziej raduje mnie fakt, że najmniej ich tracimy. Ostatnie lata pokazały, że drużyny, które traciły najmniej goli, awansowały do ekstraklasy.
 
Zejdźmy z boiska. Poza piłką, interesuje Pana twórczość Marka Hłaski. Proszę coś więcej powiedzieć o swoich zamiłowaniach.
 
 - O Marku Hłasce mógłbym opowiadać godzinami. Doskonale znam jego życie prywatne, które przedstawił w swoich zapiskach. Ujął mnie tym, że cały czas był sobą. Potrafił powiedzieć „nie”, gdy wszyscy mówili „tak”. Jest to niewątpliwie wielka postać romantyczna na miarę XX wieku. Cała jego twórczość znajduje się na moich regałach i często do niej sięgam. W życiu często kieruje się jego dewizami.
 
A jakie sportowe marzenia ma Robert Kasperczyk? Śni Pan o prowadzeniu renomowanego klubu?
 
 - Nie ma się co zastanawiać, jak będzie później. Jesteśmy na razie skoncentrowani na tym, aby dobrze zacząć i na tym, mój by zespół awansował. Zajmijmy się pracą bieżącą. Gdy jedzie się na rowerze i patrzy tylko w dal, to nie widzi się kamienia pod własnym kołem i można wtedy łatwo upaść.
 
Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiał: Paweł Hetnał
Foto: TS Podbeskidzie