Wiele osób pamięta zapewne komedię Stanisława Barei „Miś”. Była w niej przezabawna scena, kiedy to główny bohater, Ryszard Ochódzki, próbował bezskutecznie odebrać swój płaszcz z szatni w lokalu gastronomicznym. Szatniarz wciskał mu cudze okrycie, twierdząc, że w szatni pozostało tylko takie - innego nie ma i nie będzie. A klient powinien przestać się awanturować i cieszyć się z tego, że w ogóle jakiś płaszcz otrzymał. Scena ta byłaby tylko filmową fikcją ośmieszającą siermiężną PRL-owską rzeczywistość, gdyby nie podobna historia, która przydarzyła się jednemu z naszych czytelników tu i teraz.
 
Pewien mieszkaniec podbielskiej miejscowości (dane do wiadomości redakcji), właściciel telefonu komórkowego, oddał go do naprawy do jednego z punktów serwisowych na terenie Bielska-Białej. Adres placówki nie jest istotny, bo trudno do końca stwierdzić, kto w tym sporze ma rację. Historia mężczyzny może jednak być przestrogą dla tych, którzy - tak jak Ryszard Ochódzki oddawał płaszcz do szatni - oddają teraz do serwisów, pralni czy szewców swoje buty, ubrania czy sprzęty.
 
 - Trzy lata temu kupiłem dla syna telefon komórkowy - mówi mężczyzna, wyjaśniając, że na początku stycznia w aparacie wysiadł głośnik. Nie był on już na gwarancji, więc oddał go do naprawy do pierwszego lepszego punktu serwisowego, jakich w ostatnich latach wiele powstało w Bielsku-Białej. - Serwisant aparat do naprawy przyjął. Powiedział, że wymiana głośnika będzie kosztowała 50 złotych, a telefon będzie do odbioru za kilka dni - mówi mężczyzna, przyznając, że w wyznaczonym terminie komórka była naprawiona.
 
Problem w tym, że bardzo szybko, lecz już niestety w domu, okazało się - twierdzi mężczyzna - iż aparat, jaki otrzymał, to nie ten, który do naprawy oddał. - Model, marka i kolor się zgadzały, lecz to inny telefon! - opowiada mężczyzna, tłumacząc, że syn, który na co dzień używał komórki, dokładnie ją sprawdził i okazało się, że w jej pamięci znajdują się zdjęcia, których nigdy nie wykonywał, przedstawiające ludzi, a nawet sympatycznego psa, których nigdy na oczy nie widział. Również w spisie kontaktów znajdowały się numery telefonów do osób, których nie zna. Poza tym numer seryjny aparatu otrzymanego z serwisu nie zgadzał się z tym, jaki widniał w dokumentach zakupu komórki sprzed trzech lat.
 
 - Poszedłem do serwisu, aby wyjaśnić nieporozumienie, lecz usłyszałem tam, że jest to telefon, który oddałem do naprawy. Innego bowiem w serwisie nie ma i w ogóle nie mam się o co wykłócać. Natomiast zdjęcia znajdujące się w pamięci komórki - usłyszałem od serwisanta - mogłem przecież kiedyś wykonać, a teraz już nawet o tym nie pamiętam, podobnie jak i o zapisanych w jego pamięci numerach kontaktowych. Również to, że numery seryjne się nie zgadzają, serwisanta nie przekonało. Stwierdził bowiem, że nie ma pewności, czy telefon, który oddałem do naprawy, to ten sam, który kupiłem przed trzema laty - mówi mężczyzna.
 
Nie byłoby problemu, gdyby na pokwitowaniu wystawionym przez serwisanta, kiedy przyjmował komórkę do naprawy, znalazł się numer seryjny aparatu. Informacja taka się tam jednak nie znalazła. Na pokwitowaniu - w formie świstka papieru z pieczątką - znalazła się tylko lakoniczna informacja o rodzaju usterki oraz nazwa modelu komórki, bardzo zresztą popularnego. Jak teraz udowodnić, czy „ten” telefon to „ten”?
 
 - Zamierzam zwrócić się do policji. Uważam, że padłem ofiarą oszustwa. A poza tym nie wiem, jaką „historię” ma komórka, którą otrzymałem. Zwłaszcza że zachowanie serwisanta, gdy chciałem sprawę wyjaśnić, wydało mi się dziwne. Przecież skoro ja mam teraz czyjąś komórkę, to i serwis, i tamta osoba powinny być zainteresowane tym, abym ją zwrócił - zastanawia się mężczyzna.
 
Próbowaliśmy zapytać o to w serwisie, w którym dokonano naprawy. Osoba, z którą tam rozmawialiśmy, stwierdziła, iż nie przypomina sobie takiej sytuacji. - A w ogóle to nie mogłaby się ona w naszym serwisie zdarzyć - usłyszeliśmy. A co z brakiem numerów seryjnych telefonu na pokwitowaniu przyjęcia aparatu do naprawy? - Nie zawsze je zapisujemy. Po prostu nie mamy tylu zleceń, aby trzeba było pisać numer seryjny - wyjaśnił nam pracownik serwisu.
 
Klaudia Bohucka, powiatowy rzecznik praw konsumentów w Cieszynie, informuje że serwis nie ma obowiązku umieszczać takich numerów na pokwitowaniu przyjęcia do naprawy. Jak wynika z jej wypowiedzi, żadne przepisy prawa nie regulują tego, jak pokwitowanie takie ma wyglądać. Ba, nie jest ono konieczne, aby przyjąć coś do naprawy. Wszystko zależy od tego, jak przyjmujący z oddającym uzgodnią między sobą tę kwestię.
 
 - W interesie stron jest jednak to, aby tak sprecyzowały przedmiot usługi czy cechy towaru, aby nie dochodziło potem do nieporozumień - przyznaje Klaudia Bohucka. Radzi osobom oddającym coś do serwisu, pralni czy innej placówki usługowej, aby żądały pokwitowania przyjęcia i domagały się, by znalazły się tam podstawowe informacje o produkcie, jak chociażby jego numer seryjny, po którym można zidentyfikować rzecz lub jej wartość. - To ważne, zwłaszcza w przypadku usług pralniczych, gdzie czasami dochodzi do uszkodzenia ubrania i potem trudno ustalić, ile wart był dany garnitur czy płaszcz, jeśli strony nie uzgodniły tego wcześniej - tłumaczy Klaudia Bohucka.
 
Tekst i foto: Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)