Zmora kierowców, czy absolutna konieczność? Samochody nauki jazdy - bo o nich mowa - coraz bardziej dają się we znaki bielszczanom. Świadczą o tym chociażby znaki zakazu ruchu z dopiskiem „dotyczy pojazdów nauki jazdy”, ustawiane coraz częściej na osiedlowych parkingach i uliczkach.
 
Nie ma się jednak czemu dziwić. W Bielsku-Białej dosłownie roi się od samochodów z wielkim „L” na dachu. Widać to zwłaszcza w południowo-zachodniej części miasta, gdzie „elki” pojawiają się całymi stadami, blokując drogi i skrzyżowania. Dla kierowców są zwykłymi zawalidrogami, utrudniającymi ruch na i tak korkujących się ulicach. Z drugiej strony to w tych pojazdach szkolą się przyszli kierowcy. A w obecnej rzeczywistości zdobycie prawa jazdy, stało się po prostu koniecznością. Stąd zapotrzebowanie na kursy nauki jazdy jest ogromne.

Tylko na Podbeskidziu działa około 500 szkół nauki jazdy, a każda dysponuje co najmniej kilkoma samochodami. Wszystkie one pojawiają się w Bielsku - Białej, a przecież nie jest to wielka metropolia. Stąd spotkań z „elkami” po prostu nie da się uniknąć! Czy jednak można jakoś pogodzić interesy kursantów i zwykłych kierowców?
 
Zgoda niemożliwa?
 
Okazuje się, że może się to okazać bardzo trudne, a nawet niewykonalne. Stąd konflikt będzie najprawdopodobniej narastał, a samochody nauki jazdy będą coraz bardziej niemile widzianymi gośćmi w stolicy Podbeskidzia. Na przeszkodzie do rozwiązania tego konfliktu stoją zarówno ustalone przez Ministerstwo Infrastruktury zasady szkolenia i egzaminowania przyszłych kierowców, jak i „pragmatyczne” podejście wielu instruktorów nauki jazdy do szkolenia kursantów.
 
Skupiają się bowiem nie na tym, aby nauczyć ich jak prowadzić samochód w każdych warunkach, lecz jedynie na tym, aby przygotować ich do egzaminu. A to - jak się okazuje - nie jest tożsame. Aby przybliżyć ten problem należy wyjaśnić, iż obecnie egzamin na prawo jazdy można zdać wyłącznie w wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego. Te natomiast znajdują się w miastach wojewódzkich oraz w miastach posiadających co najmniej 100 tysięcy mieszkańców.
 
Stąd Bielsko-Biała ma swój WORD, jedyny na Podbeskidziu. Najbliższe znajdują się w Krakowie i Tychach. Dlatego mieszkańcy Podbeskidzia, którzy chcą zdobyć „prawko”, muszą wykonać jazdę egzaminacyjną w Bielsku-Białej. Oprócz nich pojawia się tutaj także wiele osób spoza regionu i to nawet z bardzo daleka. A to dlatego, że w Bielsku czas oczekiwania na egzamin jest bardzo krótki w porównaniu z innymi miastami. Przykładowo w Krakowie czeka się na niego od momentu zakończenia kursu około dwóch miesięcy. W Bielsku zaledwie 10 dni.
 
Jazda wte i wewte
 
Jak jednak tłumaczy Jerzy Balon, zastępca dyrektora Bielskiego WORD-u, to nie samochody egzaminacyjne stanowią problem. W praktyce jednocześnie jeździ ich w mieście nie więcej niż dziesięć. Gubią się więc w tłumie. Problem - jego zdaniem - leży gdzie indziej. Otóż, od kilku lat, zgodnie z nowymi przepisami, prawie cała praktyczna część egzaminu odbywa się na miejskich ulicach.
 
Przy czym kursanci w jego trakcie muszą wykazać się nie tylko umiejętnością poruszania się samochodem (czy motocyklem) w miejskim ruchu, lecz także i innymi przydatnymi kierowcy zdolnościami. Jak chociażby umiejętnością parkowania na ulicy czy parkingu. Stąd samochody egzaminacyjne wykonujące przeróżne manewry pojawiają się - ku rozpaczy tych, którzy pozostawiają tam swoje samochody - na osiedlowych parkingach, przed centrami handlowymi, pokonują wte i wewte co bardziej skomplikowane bielskie skrzyżowania itp. W tych samych miejscach pojawiają się codziennie setki samochodów nauki jazdy. Czemu tak się dzieje?
 
Odpowiedź jest prosta. Teoretycznie w czasie kursu kierowca powinien posiąść umiejętność prowadzenia samochodu w każdym miejscu. W praktyce jednak instruktorzy przygotowują swoich uczniów jedynie do egzaminu zdawanego w konkretnym mieście, na konkretnych ulicach i parkingach. A jak to można najlepiej zrobić? Wystarczy do bólu kopiować trasy i manewry wykonywane przez samochody egzaminacyjne. Stąd „elki” ze szkół z całego Podbeskidzia przyjeżdżają do Bielska, aby tu ćwiczyć do egzaminu. A że samochodów takich są setki...
 
Poza tym - zwrócił uwagę Jerzy Balon - zgodnie z rozporządzeniem ministra infrastruktury, jeśli w ciągu 25 minut jazdy egzaminacyjnej kursant nie popełni błędu, egzamin powinien być zakończony z wynikiem pozytywnym (maksymalnie może trwać 40 minut). Co to oznacza? Iż w praktyce jazdy egzaminacyjne odbywają się w promieniu kilku kilometrów od siedziby WORD-u przy ulicy Armii Krajowej. Dlatego też ta część miasta najbardziej odczuwa najazd samochodów nauki jazdy, a takie ulice jak Boboli czy Armii Krajowej wręcz roją się od „elek”. Poza tym oblegane jest przez nie od świtu do zmierzchu bardzo ruchliwe skrzyżowanie ulicy Partyzantów i Bystrzańskiej (obok hotelu Vienna), ulubione skrzyżowanie egzaminatorów.
 
Inny system?
 
Jak można rozwiązać ten problem? Stanisław Czech, prezes Beskidzkiego Stowarzyszenia Ośrodków Szkolenia Kierowców, widzi w praktyce jedno systemowe rozwiązanie. - Tak jak było to dawniej, egzaminy powinny odbywać się nie tylko w dużych miastach, lecz także i tych mniejszych. Ośrodki egzaminacyjne powinny być organizowane na przykład w miastach powiatowych. A wtedy przykładowo mieszkańcy Cieszyna, Żywca, Oświęcimia, Suchej Beskidzkiej czy Wadowic nie musieliby zdawać egzaminu w Bielsku-Białej, tylko mogliby zaliczyć go u siebie - mówi Stanisław Czech.
 
Gdyby tak się stało, setki „elek” ze szkół nauki jazdy spoza stolicy Podbeskidzia nie miałyby już powodu pojawiać się na bielskich ulicach. Jednak mimo wysuwanych od dłuższego czasu przez środowiska instruktorskie z całej Polski tego typu postulatów, na razie nie widać wśród rządzących woli czy chęci zwiększenia liczby miast, w których egzaminy na prawo jazdy można by zdawać. Dlatego też z tej strony ratunku dla „rozjeżdżanego” przez „elki” Bielska spodziewać się nie można.
 
Bardziej realne wydaje się doraźne rozwiązanie przedstawione przez Stanisława Czecha. Przyznał on, że od kilku lat, widząc narastającą niechęć bielszczan do wszechobecnych „elek”, BSOSK apeluje do swych członków, aby ograniczali ruch należących do nich samochodów nauki jazdy w centrum miasta oraz na „trasach kursowych” i ćwiczyli elementy techniki jazdy samochodem czy parkowania w miejscach, gdzie nie utrudnia to ruchu ulicznego. Jak chociażby na placach manewrowych, gdzie z powodzeniem można zainscenizować i przećwiczyć wiele sytuacji panujących w normalnym ruchu.
 
Większość szkół i ośrodków skupionych w BSOSK - jak zapewnił Stanisław Czech - stosuje się do tych zaleceń, szkopuł jednak w tym, iż spośród wspomnianych około 500 szkół działających na Podbeskidziu zaledwie 10 procent jest zrzeszonych w BSOSK.
 
Tekst i foto: Marcin Płużek (Kronika Beskidzka)