250 koni mechanicznych, nieco ponad 6 sekund do setki i zdjęte fabryczne ograniczenie prędkości do 250 km/h, to zalety „broni”, jaką policjanci z bielskiej drogówki walczą z piratami drogowymi, którzy dopuszczają się najpoważniejszych i zarazem najbardziej niebezpiecznych drogowych wykroczeń.
 
Mowa o nielubianej przez kierowców vectrze, pod której maską kryje się V6 o pojemności 2,8 litra. Przed tym samochodem, za którego kierownicą siedzą najlepsi kierowcy w mundurach, po prostu nie da się uciec. Ale łamiący przepisy boją się vectry nie ze względu na jej osiągi, ale dlatego, że w samochodzie znajduje się kamera, rejestrująca ich drogowe wyczyny. Nagrania z wideorejestratora to zwykle najdroższe - choć bardzo krótkie filmiki - w jakich przyszło im w życiu „zagrać”...
 
Kto się boi drogówki ?
 
 - Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy przez kierowców kochani. Ale może powiem w tym miejscu prawdę, która odnosi się do policji w ogóle. Ktoś, kto nie łamie przepisów, nie ma powodów, by się obawiać. Zwłaszcza że - co nie jest żadną tajemnicą - w kręgu naszego zainteresowania są głównie ci kierowcy, którzy dopuszczają się najpoważniejszych wykroczeń. Poza tym jestem przekonany, że opinie o nas i naszej pracy są dalece przesadzone i często niesprawiedliwe - mówi starszy sierżant Krzysztof Stankiewicz, który w policji pracuje od pięciu lat, a od dwóch jeździ samochodem z wideorejestratorem. Jest jednym z czterech policjantów z bielskiej drogówki, pełniących służbę właśnie w budzącej postrach na drogach vectrze. - Nie jesteśmy - wbrew obiegowym opiniom - bardziej surowi od innych policjantów, bo przecież posługujemy się takim samym taryfikatorem mandatów i punktów karnych. A że spotkania z nami kończą się często wysokimi mandatami i zebraniem dużej liczby punktów karnych, to już - proszę wybaczyć - wina tych, których zatrzymujemy.
 
A pościgowa vectra z wideorejestratorem, którą można spotkać wszędzie, ale najczęściej na głównych arteriach komunikacyjnych stolicy Podbeskidzia (Warszawska, 3 Maja, Partyzantów, Armii Krajowej) oraz na trasach z Bielska-Białej do Cieszyna oraz Katowic, zajmuje się ściganiem najrozmaitszych wykroczeń drogowych.
 
Krzysztof Stankiewicz podkreśla przy tym, że nie można w ten sposób zaszufladkować pracy jego i pozostałych jeżdżących vectrą kolegów. Vectra zatrzymuje również kierowców, którzy nie stosują się do znaków drogowych, czy pijanych za kółkiem - w ubiegłym roku „namierzyła” ich przeszło stu - i bierze udział w pościgach. Nie tylko za drogowymi piratami, ale również uciekającymi przestępcami.
 
Vectra, która ma w tym względzie największe możliwości, zawsze wkracza do akcji. To zresztą zrozumiałe. Tam gdzie ktoś zabarykadował się z bronią, wysyła się antyterrorystów - najlepiej wyszkolonych i najlepiej uzbrojonych, tam gdzie przestępca ucieka samochodem, wysyła się właśnie najlepszy policyjny samochód, za którego kierownicą siedzą najlepsi kierowcy.
 
Pościgi, ale nie tylko
 
 - W ubiegłym roku braliśmy na przykład udział w pościgu za uciekającym bmw narkotykowym dilerem. Pamiętam, że postawił wszystko na jedną kartę i trzeba go było bardzo mocno przycisnąć, żeby w końcu dał się zatrzymać. Mieliśmy nawet chwile zwątpienia, bo uciekał w kierunku bardzo zatłoczonej samochodami ulicy, a my nigdy nie ścigamy nikogo za wszelką cenę. Zawsze na pierwszym miejscu jest zdrowie i życie innych uczestników ruchu drogowego, samego ściganego i - na końcu - również moje i siedzącego na fotelu obok kolegi - mówi Krzysztof Stankiewicz.
 
Jednak codzienna praca vectry to zatrzymywanie i dyscyplinowanie tych kierowców, którzy znacznie przekraczają dozwoloną prędkość i - co często się z tym łączy - ignorują sygnalizację świetlną, bo lubią jeździć bardzo szybko, a nie lubią się zatrzymywać. Krzysztof Stankiewicz podkreśla, że choć nie jest to regułą, dominują tu kierowcy w bardzo dobrych, szybkich samochodach - policjant wymienia audi a6, q7, czy porsche - oraz motocykliści jeżdżący na tak zwanych ścigaczach.
 
Sportowe bryki i ścigacze
 
 - Zwracamy uwagę na szybkie, sportowe samochody oraz motocyklistów na ścigaczach, bo musimy być czujni. Te maszyny - zwłaszcza motocykle - mają tak szybkie odejście, że chwila nieuwagi czy zawahania wystarczy, by było po pościgu. Nie jest jednak tak - tu obalę kolejny mit - że przyczepiamy się do kierowców szybkich aut czy motocyklistów i czekamy, aż popełnią wykroczenie. To nieprawda. Wkraczamy do akcji dopiero wówczas, kiedy kierowca zaczyna łamać przepisy. Jeśli jedzie w zgodzie z nimi, to znikamy. Nie jest też prawdą, że jedziemy za kimś długo, by nazbierał więcej wykroczeń. To bzdura. Naszą rolą jest zatrzymanie kierowcy od razu po tym, jak złamał przepisy. Tyle, że musimy dokonać tego w bezpiecznym miejscu. A że często zanim tam dojedziemy, kierowca zdąży jeszcze coś „dorzucić”, to już też nie nasza wina - zapewnia Krzysztof Stankiewicz. - Po to dano nam taki sprzęt, byśmy ścigali tych, którzy dopuszczają się najpoważniejszych wykroczeń. Dlatego prędkości dochodzące do 200 kilometrów na godzinę nie są w naszej pracy niczym nadzwyczajnym. Podczas dochodzenia do uciekającego pojazdu sięgają nawet 250. Nikt nie ucieka bez przyczyny. Próbują uciekać kierowcy, którzy pili wcześniej alkohol, którym sąd zabrał za jazdę na podwójnym gazie prawo jazdy, poszukiwani przez sądy czy prokuratury oraz mający coś innego na sumieniu. Choć pamiętam też młodego kierowcę, który uciekając przed nami pędził na złamanie karku, a okazało się, że zapomniał prawa jazdy. Mogło się więc skończyć na wykroczeniu i 50-złotowym mandacie, a skończyło się sprawą w sądzie za ucieczkę przed policją.
 
Z obserwacji Krzysztofa Stankiewicza wynika, że prędkość przekraczają i młodzi, i starsi kierowcy, zarówno mężczyzni, jak i kobiety. Przy czym mężczyźni dominują raczej poza miastem, a kobiety dorównują im w mieście, gdyż poza nim nie rozwijają raczej prędkości budzących zainteresowanie policjantów z vectry z wideorejestratorem. A jak się tłumaczą zatrzymani?
 
Pośpiech niewskazany...
 
 - Najczęściej niewiedzą. Co wygląda komicznie i niezbyt przekonująco, zważywszy na fakt, że zatrzymujemy raczej tylko tych, którzy prędkość przekroczyli znacznie albo przejechali na czerwonym. Tłumaczenia są przy tym rozmaite. Mieliśmy na przykład pana, który twierdził, że ma kłopoty żołądkowe i gna do ubikacji. Kiedy zaproponowaliśmy mu, by skorzystał z toalety na pobliskiej stacji paliw, rozstrój żołądka cudownie mu minął. Pośpiech to zresztą częsta wymówka. Panowie śpieszą się do pracy, a panie do domu. W przypadku tych ostatnich często winny jest mąż... Dlaczego? Bo zapomniał czegoś w domu i poprosił żonę, by mu to przywiozła. Szybko oczywiście... W ogóle zawsze winny jest ktoś, albo coś, tylko nie kierowca - dodaje Krzysztof Stankiewicz. - Refleksja przychodzi po chwili, kiedy opadają związane z zatrzymaniem emocje. Bardzo pomaga tu obejrzenie nagrania z wideorejestratora, na którym kierowca może zobaczyć co wyprawiał, ryzykując przy tym zdrowie swoje i innych. Kierowców nie trzeba do tego namawiać. Wręcz przeciwnie, chętnie się oglądają. Wielu wówczas z niedowierzaniem kręci głową. W końcu pojawia się złość kierowcy na siebie, a nie na nas. Przeszło 90 procent zatrzymywanych przez nas kierowców przyjmuje mandaty karne. Tylko nieliczni kwestionują zasadność kary i decydują się na drogę sądową.
 
Policjanci z vectry muszą nie tylko szybko jeździć, ale też szybko biegać. Zdarza się, że uciekinier porzuca samochód i ucieka piechotą. Krzysztof Stankiewicz wspomina i takie, ostatecznie udane, pościgi. Większości uciekających autami nie trzeba przy tym gonić tak długo, aż uda się ich zablokować. Zatrzymują się sami, kiedy po kilku kilometrach igrania z życiem własnym i innych widzą, że vectra nie daje im najmniejszych szans na skuteczną ucieczkę.
 
Mandaty na drugim planie
 
 - Nie jeździmy po to, by wlepiać wysokie mandaty. Nie jesteśmy z ich liczby rozliczani. W zetknięciu z piratem drogowym nasze ambicje chowamy do kieszeni. Nie ma miejsca na pokazywanie kto jest szybszy, kto ma lepsze auto. Mamy poprawiać bezpieczeństwo na drogach miasta i powiatu, i to nam się udaje. Widzę, że kierowcy szybkich aut, na przykład jeżdżących po Bielsku-Białej „porszaków”, są coraz ostrożniejsi i jadąc wolniej coraz częściej zerkają we wsteczne lusterka. I o to właśnie chodzi. To jest wymierny efekt naszej pracy - mówi Krzysztof Stankiewicz. - Służba na vectrze z wideorejestratorem jest trudna i wyczerpująca. Nie zamieniłbym jej jednak na żadną inną. Robię to co lubię, to co daje mi satysfakcję. Co do tego, że odwalamy kawał dobrej roboty przekonują się zresztą - choć powoli - również sami kierowcy.
 
Tekst i foto: Łukasz Piątek (Kronika Beskidzka)