Oficjalny komunikat w tej sprawie jest lakoniczny. „Prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko trzem mężczyznom, którzy podżegali do pobicia pokrzywdzonego poprzez użycie kijów bejsbolowych. Celem ich działania było wyeliminowanie z działalności gospodarczej konkurenta. Pobicie to w konsekwencji miało skutkować powstaniem ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Najmłodszemu z oskarżonych zarzucono jednocześnie obejmowanie świadomością konsekwencji owego działania w postaci zgonu pokrzywdzonego na skutek doznanych obrażeń ciała”.
 
Andrzej S. jest obecny w branży od ponad 20 lat. Już jako 17-latek stawał w bramce bielskich dyskotek, aby po wielu latach kierować ochroną dużej firmy handlowej w Łodzi. W naszej opowieści występuje jako prezes, a następnie wiceprezes firmy z Bielska-Białej zajmującej się ochroną mienia i osób. Kilka lat temu założył tę spółkę ze swoimi ówczesnymi przyjaciółmi. Na użytek tego artykułu firmę nazwiemy spółką Z.
 
Kierowcy z przeszłością
 
Gdy miało dojść do spisania aktu notarialnego stanowiącego o jej powołaniu, dwaj przyjaciele, z którymi S. znał się jeszcze z dyskotekowej bramki, przypomnieli sobie, że mają drobny kłopot prawny, który uniemożliwia im oficjalne wejście do spółki ochroniarskiej. Obu panów przyjęto więc do pracy w charakterze kierowców.
 
Obaj tłumaczyli, że mają „w biegu” małą sprawę karną i w razie jej niepomyślnego zakończenia nie będą mogli występować o koncesję MSWiA. Dlatego do czasu zakończenia postępowania i oczyszczenia ich z zarzutów formalnymi udziałowcami spółki będzie dwoje ich bliskich krewnych. Andrzej S. przystał na tę propozycję, zapewniając przyjaciół, że żaden zapis w aktach spółki nie pozbawi ich prawa praktycznego współzarządzania firmą. W tym stanie prawnym spółka otrzymała koncesję MSWiA i zaczęła się specjalizować w ochronie lokali gastronomicznych.
 
Sielanka trwała cztery lata. Współwłaściciele spółki doskonale znali rynek usług ochroniarskich w Bielsku-Białej i doświadczenie owo owocowało stale rosnącymi zyskami i rzadko spotykanym w biznesie rozwojem ich firmy. - Gdy nasz roczny obrót przekroczył milion złotych, dwaj kierowcy zaczęli dążyć do przejęcia kontroli nad interesem - wspomina Andrzej S. - Razem dysponowali udziałami w wysokości 40 proc. Aby wyeliminować mnie z tego biznesu, zaproponowali pozostałym udziałowcom przystąpienie do nowej spółki o identycznym profilu, jak nasza. Zgoda któregoś z nich oznaczałaby mój koniec w firmie.
 
Ich oferta została jednak odrzucona. Żeby w rodzinie znów zapanowała zgoda, wszyscy udziałowcy podjęli decyzję, aby „rokoszanie” przejęli na jakiś czas zarządzanie spółką. Ale po kilku miesiącach zaczęły napływać skargi od klientów, którzy zalegali w spłacie należności za ochronę, gdyż nowi zarządcy zażądali od nich natychmiastowej spłaty długu. Do zadłużonego lokalu przyjeżdżało kilku osiłków, którzy składali kontrahentowi propozycję nie do odrzucenia. Któż oprze się sile perswazji takich stalowych pięści?
 
Pier... takich wspólników
 
 - To był dla nas szok - wspomina pan Andrzej. - Umowy z niektórymi klientami pozwalały im regulować należność np. co pół roku, a tu zjawiali się goście, którzy w imieniu spółki wymuszali zmianę tradycyjnych form płatności. My nie jesteśmy bandytami. Powołano nas właśnie po to, aby chronić innych ludzi przed przemocą.

Szantaż na ogół był skuteczny, ale w jego następstwie lokal z reguły zrywał umowę ze spółką Z. Pod wpływem gróźb, z jej usług zrezygnowało podobno 10 klientów. W sensie arytmetycznym nie był to duży regres, gdyż firma ochraniała wówczas blisko 300 klientów. Informacja o brutalnym traktowaniu kontrahentów rozchodziła się jednak po mieście. Cierpiał na tym wizerunek i dobre imię firmy.
 
W tej sytuacji zarządzono pilne spotkanie wszystkich udziałowców. Na naradzie odebrano kierowcom upoważnienie do zarządzania spółką. Jeden z nich - najbardziej niezadowolony z takiego obrotu sprawy i znany z porywczości - wybuchł gniewem, po czym oświadczył, że pier... takich wspólników i wspólnie z drugim kierowcą wychodzi z interesu. Za zbycie udziałów zażądał 120 tys. zł rekompensaty finansowej oraz przekazania im umów z klientami spółki na Wybrzeżu. Firma Z. ochraniała wtedy m.in. hotel i parking w Juracie.
 
Dzięki dobrej woli stron osiągnięto kompromis. Zgadzając się na spłatę wspólników, Andrzej S. zobowiązali ich, aby w przyszłości nie działali na niekorzyść spółki, nie tworzyli konkurencji na terenie Bielska-Białej oraz w niej nie pracowali. Spłatę odstępnego rozłożono na miesięczne raty. W krótkim czasie okazało się jednak, że umowa nie będzie respektowana. Secesjoniści powołali bowiem własną spółkę i nadali jej nazwę, która do złudzenia przypominała logo poprzedniej, wspólnej firmy. Dodajmy, że w Urzędzie Patentowym w Warszawie od dłuższego czasu trwała procedura rejestracji tego znaku, która zakończyła się powodzeniem.
 
Ceny dumpingowe
 
Spółkę G. zarejestrowano na nazwiska osób trzecich, które z ochroniarstwem nie miały nigdy nic wspólnego. Faktyczni założyciele mieli nieczyste konta kryminalne i dlatego formalnie nie mogli ubiegać się o koncesję MSWiA na ochronę osób i mienia. Zabieg polegający na podstawieniu krewnych i bliskich pomógł w uzyskaniu urzędowego zezwolenia na działalność w branży.
 
Firma obu rozłamowców i Czesława P., który dołączył do interesu jako trzeci udziałowiec, przejmowała dotychczasowych klientów spółki Z, posługując się jej nazwą. Restauratorom mówiono, że Andrzej S. wyjechał na dłużej za granicę, zbankrutował lub po prostu wyznaczano dumpingowe ceny za ochronę. Klienci, którzy oparli się kuszącej propozycji nowej firmy w branży, w zamian za prolongowanie umowy z dotychczasowych kontrahentem zażądali obniżenia stawek do wysokości proponowanej przez G.
 
 - W pewnej chwili obliczyliśmy, że polityka cenowa naszych b. partnerów biznesowych skutkuje drastycznym obniżeniem dochodów firmy. Stratę oszacowaliśmy na ponad 30 tys. zł miesięcznie. W tym stanie rzeczy wstrzymana została spłata b. wspólników, co w praktyce oznaczało wypowiedzenie wojny.
 
Od tamtej pory konflikt przeniósł się na teren zarezerwowany dla wymiaru sprawiedliwości. Jako pierwszy w sprawie wypowiedział się sąd grodzki (groźby karalne), a następnie pracy (naruszenie obowiązków pracodawcy). Później przedmiotem zainteresowania Temidy stała się ochrona majątkowych praw autorskich do znaku słowno-graficznego spółki Z. Sprawa o ochronę praw autorskich do logo dotarła nawet na szczebel Sądu Apelacyjnego w Katowicach. Batalia trwała kilka lat, lecz ostatecznie wszystkie potyczki sądowe zakończyły się po myśli Andrzeja S.
 
 - Gdy moi byli koledzy uznali, że w sądzie ze mną nie wygrają, postanowili samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Któregoś dnia złożyli mi wizytę dwaj oficerowie CBŚ. Zapytali, czy ktoś mógłby nastawać na moje życie lub zdrowie. Innymi słowy, czy podejrzewam kogoś, kto mógłby zlecić zabójstwo mojej osoby. Odpowiedziałem, że w przeszłości z racji zawodu wchodziłem w konflikt z wieloma bandytami, ale dziś nie dostrzegam zagrożenia z ich strony. Jeśli ktokolwiek chciałby się na mnie zemścić, to być może są to trzej właściciele spółki G.
 
Pod specjalną ochroną
 
W następstwie tej deklaracji Andrzej S. otrzymał polecenie natychmiastowego spakowania manatków całej rodziny. W krótkim czasie siedział wraz z żoną, 2,5-letnim synkiem i półroczną córeczka w samochodzie operacyjnym Centralnego Biura Śledczego, który wywiózł ich „gdzieś w Polskę”. W tym okresie państwo S. przebywali w ośrodku zamkniętym, gdzie byli chronieni przez agentów policji wyposażonych w broń długą. Gdy opiekunowie uznali, że największe zagrożenie minęło, odwieziono ich do Bielska-Białej, a Andrzejowi S. zamontowano elektroniczne urządzenie informujące centralę o aktualnym miejscu jego pobytu.
 
System monitoringu zdjęto dopiero po zatrzymaniu trzech współwłaścicieli spółki G. Z informacji, do których dotarł nasz portal wynika, że wcześniej pan P. bezskutecznie planował przejęcie udziałów w spółce Z., a gdy mu się to nie udało, wszedł do interesu powstałego w wyniku rozłamu w tej spółce. Podobno ujęto go w chwili, gdy wręczał pieniądze agentowi policji, które stanowić miały zaliczkę na poczet wynagrodzenia za wykonanie wyroku na Andrzeju S. 
 
Obecnie na wszystkich obiektach chronionych przez spółkę utworzoną przez aresztowanych mężczyzn znajdują się naklejki z informacją, że opiekę nad nimi sprawuje firma T. jako prawny następca G. Śledztwo zakończono, a prokuratura przesłała akt oskarżenia do sądu. Oskarżyła w nim trzech tymczasowo aresztowanych mężczyzn o podżeganie do pobicia, którego skutkiem miał być ciężki uszczerbek na zdrowiu ofiary lub nawet jej śmierć. Za przestępstwo to grozi do 12 lat pozbawienia wolności.
 
Wszyscy oskarżeni przyznali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Czesław P. - jako najmłodszy i jedyny niekarany w tym gronie - wystąpił do sądu o dobrowolne poddanie się karze bez przeprowadzania rozprawy. Andrzej S. złożył w śledztwie zeznania w charakterze świadka. Na początku procesu zamierza zgłosić wniosek o występowanie w sprawie obok prokuratora jako oskarżyciel posiłkowy.
 
PS. Inicjały spółek oraz personalia bohaterów zostały zmienione.
 
Robert Kowal