Befado to znany bielski producent obuwia, kojarzony - niezbyt słusznie - głównie z kapciami. Jest ostatnim w kraju państwowym zakładem w tej branży i właśnie przechodzi w prywatne ręce. Co oznacza to dla firmy i jej pracowników?
 
                                       Jedna oferta
 
W środę, 13 października, minął termin składania ofert na nabycie większościowego (85 procent) pakietu akcji firmy. Na zaproszenie Ministerstwa Skarbu, które było dotychczas właścicielem 100 procent udziałów, odpowiedziała jedna firma. Lemigo to dotychczasowy konkurent bielskiej spółki, firma z Grudziądza, nawiasem mówiąc czterokrotnie mniejsza od Befado.
 
Co dalej? Wiadomo jeszcze niewiele. - Na razie w sprawie prywatyzacji czekamy na oficjalną informację. Wiem tylko tyle, że wpłynęła oferta od firmy Lemigo. Nie wiem nawet, czy została przyjęta, czy odrzucona - mówi Andrzej Rasiński, prezes zarządu i dyrektor naczelny Befado. Wszystko dlatego, że proces prywatyzacji odbywa się niejako poza samym przedsiębiorstwem.
 
 - Oczywiście, jesteśmy informowani o rozwoju sytuacji, ale jeśli chodzi o podejmowanie decyzji, nie mamy tu nic do powiedzenia. To zresztą normalne, ja tylko zarządzam, właścicielem jest skarb państwa. Nie ma to żadnego wpływu na naszą pracę, wykonujemy ją jak najlepiej, nic się w tej kwestii nie zmienia - mówi Andrzej Rasiński.
 
Wielka niewiadoma
 
Prezes dodaje, że prywatyzacja to zawsze moment newralgiczny. - Pojawia się pytanie, czy nowy właściciel sprawi, że firma nabierze wiatru w żagle, czy raczej te żagle zwinie. Wiele jest przykładów dobrych prywatyzacji, ale znamy też historie przeciwne, kiedy sprywatyzowane firmy radziły sobie źle albo wcale. Więc z jednej strony jest to szansa, a z drugiej zagrożenie i na razie nie da się powiedzieć, w którą stronę pójdzie Befado - mówi Andrzej Rasiński. Szybko jednak dodaje, że inwestorowi wyznaczono zobowiązania i gwarancje socjalne, których musi dotrzymać. Ponadto skarb państwa powinien szukać najlepszego partnera do prywatyzacji.
 
Co z tego wynika? Na razie tylko tyle, że nie ma co kreślić czarnego scenariusza i rysować zagrożeń, których na razie nie widać. Co nie zmienia faktu, że prywatyzacja jest zawsze wielką niewiadomą. Także dla prezesa, bo przecież nie jest powiedziane, że nowy właściciel pozostawi go na stanowisku.
 
Andrzej Rasiński sam określa się mianem najmity, człowieka, którego można wynająć do zarządzania. Befado zarządza po raz drugi. W 2001 roku nie było chętnych, żeby się wziąć za firmę, która była wówczas w fatalnej sytuacji. Podjął się tego i wyprowadził ją na prostą, po czym wojewoda - w zgodzie z prawem i na bakier z rozumem, jak wtedy pisaliśmy - nie przedłużył z nim kontraktu. Wrócił, decyzją kolejnego wojewody, w 2008 roku. W międzyczasie pracował w zachodnich koncernach samochodowych, uzupełnił studia MBA w Paryżu.
 
Firma, którą zostawiał w stabilnej sytuacji, była w tarapatach. Straciła 25 procent rynku krajowego, miała 1,5 miliona złotych straty. Teraz znowu przynosi zyski i zdobywa kolejne nagrody, ostatnio Certyfikat Dobrej Firmy i Złoty Laur Klienta. Z niedawnego kryzysu wyszła obronną ręką, bez żadnych zwolnień.
 
Stabilna firma
 
W Befado pracuje 316 osób. Firma z tradycjami, która w ubiegłym roku obchodziła 80-lecie istnienia, ciągle się rozwija. Jest liderem rynku krajowego. 40 procent przychodów pochodzi z eksportu. Niemcy, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Litwa, Łotwa, Estonia - lista krajów, do których trafiają produkty powstające w Bielsku jest dłuższa. Główny produkt to obuwie dziecięce, ale firma kojarzona z kapciami ma w rzeczywistości pięć grup produktów. Współpracuje z dwoma tysiącami sklepów w całej Polsce.
 
 - Befado jest obecnie w stabilnej sytuacji finansowej - podsumowuje prezes. Zresztą świadczy o tym prawie 19 milionów złotych, których zażądał skarb państwa za większościowy pakiet akcji firmy. Ta suma o czymś świadczy.

Wojciech Małysz
(Kronika Beskidzka)