- Weszłam do kuchni i zapaliłam światło, gdy nagle czarna podłoga zaczęła się ruszać i we wszystkie strony rozbiegły się dziesiątki robaków - opowiada ze wstrętem pani Asia z domu przy ul. Spółdzielców w Bielsku-Białej. Robaki pokonały bielszczankę. Po rocznych zmaganiach z karaluchami, wyprowadziła się ze swojego mieszkania. Abstrakcyjny dla wielu z nas problem nieproszonych gości w chitynowych pancerzach dotyka dużą część bielszczan.

Do podjęcia tego wstrętnego tematu skłonił nas list jednej z Czytelniczek z Czechowic-Dziedzic, według której walka z robactwem jest z góry skazana na przegraną.
 
 - Kiedy zobaczyłam pierwszego robaka, nic sobie z tego nie robiłam. Nawet nie zwróciłam uwagi, że to prusak. Po prostu, zabiłam go i zapomniałam o sprawie. Ale kiedy nazajutrz mąż znalazł w kuchni dwa kolejne, uświadomiłam sobie, że coś jest nie tak. Czytelniczka żali się na współpracę ze spółdzielnią mieszkaniową oraz pozostałymi lokatorami. Jej zdaniem, jednostkowe działanie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto.
 
Insekty poważnie uprzykrzają życie nie tylko naszej Czytelniczce, ale są ogólną zmorą w sąsiedniej miejscowości. Okazuje się jednak, że także wielu bielszczan od lat boryka się z tym problemem. Pani Asia mieszkała w domu przy bielskiej ul. Spółdzielców. Mieszkała, bo po kolejnym natarciu karaluchów - wyprowadziła się.
 
 - Pojawiły się we wrześniu. Próbowaliśmy zwalczyć je na własną rękę i po kilku miesiącach, w grudniu udało się. Tak sądziliśmy. Ale po roku zaatakowały ponownie. Spółdzielnia wprawdzie przeprowadziła jakąś dezynsekcję, ale to nic nie dało. Musieliśmy się stamtąd wyprowadzić. Pani Asia opowiada z obrzydzeniem, jak znajdowała sporych rozmiarów robaki w mleku, mące czy cukrze.
 
Rozmawialiśmy z dwoma bielskimi specjalistami w zakresie ddd (dezynfekcja, dezynsekcja, deratyzacja). Potwierdzili oni, że część spółdzielni mieszkaniowych w Bielsku-Białej boryka się z problemem insektów. Pana Tomasza (nazwisko znane redakcji) ta ofensywa wcale nie dziwi.
 
 - Spółdzielnie organizują przetargi, w których wygrywa najtańsza oferta. Pracuję w tym fachu 23 lata i nie wiem, jak można dokonać dezynsekcji mieszkania za 16 zł. Według mojego cennika, za M4 trzeba zapłacić 130 zł. Nie chcę nawet sobie wyobrazić, jakimi specyfikami posługują się firmy, które tę samą usługę wykonują za prawie dziesięciokrotnie niższą kwotę. Nasz rozmówca podkreśla, że użycie zbyt słabych (np. rozcieńczonych) specyfików przynosi skutki odwrotne od zamierzonych. Nie zabija robaków, ale uodparnia je na dany specyfik. Oprócz tego nie jest bezpieczne dla dzieci. W internecie można znaleźć dziesiątki firm z branży ddd działających w Bielsku-Białej, ale zaledwie kilka posiada niezbędne zaświadczenia czy tytuł specjalisty.
 
Pan Roman jest właśnie specjalistą z takim tytułem. W bielskiej branży ddd „siedzi” od 28 lat. Również uważa, że dezynsekcja mieszkania za 20 zł ma więcej wspólnego ze szczepieniem robaków (uodparnianiem ich na dany specyfik) niż z ich zwalczaniem. - Wiem, że kilka spółdzielni z terenu miasta ma problemy z robactwem.
 
W tej chwili boryka się z tym Śródmiejska Spółdzielnia Mieszkaniowa (np. blok przy ul. Dmowskiego) oraz spółdzielnia „Strzecha” (np. budynek przy Wapiennej). Natomiast osiedla Beskidzkie, Karpackie oraz Złote Łany są w 99 proc. wolne od prusaków i karaczanów wschodnich, czyli popularnych karaluchów. Nasz fachowiec uważa, że sukces tych osiedli polega najprawdopodobniej na dobrej współpracy administracji spółdzielni i mieszkańców.
 
Problem bloków wielorodzinnych z robactwem bierze się najczęściej właśnie z braku porozumienia. - Spółdzielnia i wszyscy mieszkańcy muszą się włączyć w tę walkę. Nie ma sensu „sprzątać” jednego mieszkania, a tego obok czy pod spodem nie, bo prusaki szybko przedostaną się z jednego do drugiego. Dezynsekcja jest procesem wieloetapowym. Trzeba ją powtarzać od dwóch do nawet czterech, pięciu razy. Ważne, żeby była przeprowadzana regularnie, konsekwentnie i dobrymi preparatami. Domowe sposoby CZASEM zdają egzamin, ale na chwilę. Potem robactwo wraca. Głównie dlatego, że walkę podejmują pojedynczy mieszkańcy, a nie cały blok.
 
Problem karaluchów i prusaków pojawił się na dużą skalę w budynkach z wielkiej płyty. Największa plaga miała miejsce w latach 80 i 90. Wtedy były wszędzie. W restauracjach, stołówkach zakładowych, sklepach. Od roku 2000 sytuacja uległa poprawie. M.in. za sprawą inspekcji sanitarnych i prężnie działających firm ddd. - W budynkach jednorodzinnych zdarza się to o wiele rzadziej - tłumaczy pan Roman. - Głównie dlatego, że ludzie bardziej dbają o swoje domy, a kiedy coś jest wspólne, jak we wspólnotach mieszkaniowych, to wiadomo, że często jest niczyje. Zdarzają się przypadki, kiedy zdesperowani lokatorzy wyprowadzają się z zajętego przez robale lokum, zabierając intruzów ze sobą. Przenoszą ich w... radioodbiornikach czy lodówkach.
 
Kierownik administracji Śródmiejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, Józef Konior: - Sytuacja nie wygląda najlepiej. Problem insektów w mieszkaniach funkcjonuje od samego początku, czyli od momentu wprowadzenia się ludzi. Mamy specjalny preparat, którym opryskujemy wskazane mieszkania. Konior opowiada, że spółdzielnia kilka razy wynajmowała specjalną firmę, ale jej zabiegi nie przyniosły pożądanych efektów, gdyż 1/3 mieszkańców nie wpuściła do siebie jej pracowników.
 
Magdalena Dydo