Kiedy już wydawało się, że spór o Szyndzielnię i Dębowiec został rozwiązany, temat wrócił jak bumerang. Na wtorkowej sesji bielskiej Rady Miejskiej radni i prezydent Jacek Krywult nie byli zgodni, którędy powinna przebiegać linia, za którą działki należące do bielszczan stawałyby się niebudowlanymi. Brak uchwały w tej sprawie oznaczałby przepadek 40-milionowego dofinansowania na zagospodarowanie Dębowca.
 
Ostatecznie radni uchwalili miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego dla obszaru obejmującego stoki Dębowca i Szyndzielni. „Za” głosowało 19 radnych. Jerzy Balon, Andrzej Listowski oraz Stanisław Ryszka wstrzymali się od głosu, a Marek Podolski był przeciw. Długą dyskusję poprzedzającą głosowanie sprowokował radny Balon, który zapytał prezydenta o przyczynę odrzucenia sześciu uwag złożonych do projektu przez mieszkańców miasta.
 
 - Uwagi dotyczyły ulic Karbowej i Skalnej - tłumaczył Grzegorz Gleindek, dyrektor Biura Rozwoju Miasta. - Właściciele miejscowych działek chcieli, żeby przeznaczyć je pod zabudowę. Tymczasem proponowany plan zagospodarowania stawiał te działki poza granicą przeznaczoną do zabudowy.
 
W obronie autorów odrzuconych uwag stanął najpierw Balon. - Przebieg granicy, która wyznacza obszary przeznaczone do zabudowy jest nielogiczny. Część stojących obecnie domów jest położona dalej od ul. Karpackiej niż działki, które w planie zagospodarowania mają być ujęte jako niebudowlane.
 
Balonowi wtórował Marek Podolski: - Podniesienie dzisiaj przez nas ręki będzie oznaczało, że działka warta dotąd 200 lub 300 zł za m kwadratowy będzie warta 10 zł. Zrobimy krzywdę tym ludziom. Tak jak powiedział kolega Balon, właściciele będą mogli tam paść barany i na tym się skończy. Podobnego zdania był Roman Matyja. - Może należałoby więcej czasu poświęcać wnioskom składanym przez mieszkańców, zamiast z góry je odrzucać.
 
Decyzja warta 40 mln zł
 
W odpowiedzi Jacek Krywult postawił radnych pod ścianą. - Jeśli nie podejmiemy dzisiaj uchwały, nie mamy Dębowca. Przepadnie 40 milionów dofinansowania, a wydane dotychczas przez gminę pieniądze będą wyrzucone w błoto. Prezydent tłumaczył radnym, że i tak trzeba gdzieś granicę zabudowy ustalić i zawsze ktoś będzie niezadowolony z jej przebiegu. W innym wypadku ludzie zaczną budować się pod samym lasem. W końcu całkiem go ogrodzą i ktoś będzie musiał za to wziąć odpowiedzialność. - Tam, gdzie budują się ludzie, trzeba robić infrastrukturę. W konsekwencji wszyscy mieszkańcy miasta będą płacić za to, żeby kilku osobom wybudować drogę czy kanalizację.
 
Sytuacja stawała się patowa, gdyż z jednej strony Podolski nawoływał do głosowania przeciwko planowi, a z drugiej Krywult argumentował, że brak uchwały będzie oznaczał dobrowolną rezygnację z 40 mln zł dotacji oraz zmarnowanie wieloletniej pracy wielu osób. Roli rozjemcy podjął się przewodniczący Rady Miejskiej, Jarosław Klimaszewski. Zaapelował do radnych, aby kierując się rozsądkiem, przyjęli uchwałę. On zaś zobowiązał się do tego, aby po jej podjęciu wprowadzić zmiany do planu w trybie natychmiastowym.

Ostatecznie radni przegłosowali uchwałę. Wcześniej jednak Jerzy Balon wymógł na prezydencie zapewnienie, że uwagi mieszkańców zostaną jeszcze raz rozpatrzone i sprawa będzie traktowana jako priorytetowa. Ustalono, że 29 września odbędzie się posiedzenie komisji rady miejskiej, na którą zostaną zaproszeni autorzy uwag do planu. - Liczę, że jeszcze przed końcem tej kadencji podejmiemy stosowną uchwałę zmieniającą tą podjętą w miniony wtorek - powiedział nam wczoraj Balon.
 
Należy się, czy się nie należy?
 
W czasie dyskusji radni podkreślali, że uchwała ograbi właścicieli działek, gdyż wartość ich gruntów - jako nierolnych - znacznie spadnie. Okazuje się jednak, że sprawa nie jest tak całkiem jednoznaczna. Jak wyjaśnił nam Gleindek, sporne działki od zawsze leżały na terenach rolnych.
 
 - Do 2003 roku, kiedy obowiązywał stary plan zagospodarowania, działki nie były budowlane - podkreślał dyrektor BRM. - Potem, wskutek samowolki budowlanej, ludzie stawili domy gdzie popadnie. Ale oficjalnie nigdy nie został zmieniony status tych terenów. Nikt nie zamierza okradać właścicieli działek, a jedynie przywrócić dawny porządek. Zresztą, zgodnie z wytycznymi studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Bielska-Białej, na podstawie którego powstał plan zagospodarowania.
 
O opinię poprosiliśmy także przewodniczącego komisji gospodarki przestrzennej i ochrony środowiska RM, Jana Kanię. - Rzeczywiście, nie można mówić, że ci ludzie coś stracili, gdyż to od zawsze były tereny rolne. Po roku 2003 zapanował jednak chaos, który część osób wykorzystała i wybudowała na tych terenach swoje domy.
 
Kania ma nadzieję, że uda się dokonać zmian w planie. - Moglibyśmy poszerzyć obszar pod zabudowę o rozsądnej szerokości pas biegnący wzdłuż ul. Karpackiej. Nie byłaby to jednak istotna zmiana związana z układem przestrzennym czy komunikacyjnym miasta, ale raczej kwestia kosmetyczna. Może więc nie trzeba byłoby przyjmować całego planu od nowa?
 
Dyrektor Grzegorz Gleindek odnosi się sceptycznie do konkluzji radnego. - Każda zmiana wprowadzana do studium wymaga przeprowadzenia całej procedury. Takiej samej, jak przy uchwalaniu planu przestrzennego, a ta trwa od roku do kilku lat. Urzędnik podkreśla, że komisja gospodarki przestrzennej miała czas na wprowadzanie uwag, lecz nikt poza ogólnikami nie zaproponował konkretnej zmiany.
 
Magdalena Dydo