Kolejny rok akademicki dobiega końca. Część studentów ma dopiero sesję przed sobą, inni złożyli już indeksy w dziekanacie. Niektórzy szykują się do obrony prac dyplomowych. Wszyscy są zgodni - darmowa edukacja, to fikcja. Wielu z nich mijający rok akademicki kosztował grubo ponad 10 tys. zł. Dla innych tylko ostatni miesiąc studiów i uzyskanie dyplomu, to wydatek rzędu nawet 2,5 tys. zł.

W Bielsku-Białej mamy jedną uczelnię państwową i kilka niepublicznych. Ale młodzi bielszczanie jeżdżą studiować także do Katowic, Cieszyna, Krakowa czy Wrocławia. Część bielskich studentów decyduje się na przeprowadzkę, a niektórzy dojeżdżają na weekendowe zjazdy. Każda opcja generuje wydatki innego rzędu, ale żadna nie niweluje ich zupełnie.
 
Niewiedza kosztuje

W najlepszej sytuacji są żacy z Bielska-Białej, którzy wybrali studia dzienne na ATH. Oficjalnie są one bezpłatne. Ale jeżeli podczas sesji powinie nam się noga, to za egzamin warunkowy trzeba zapłacić 150-300 zł. - Zależy z czego ten warunek. Czy jest to tylko laboratorium, ćwiczenia czy też jedno i drugie - tłumaczy nam student wydziału budowy maszyn i informatyki, który za kilka dni ma zamiar uzyskać tytuł magistra. - Za dyplom muszę zapłacić 60 zł. No i drukowanie pracy kosztowało ponad 200 zł.

Drożej mają studenci zaoczni Akademii Techniczno-Humanistycznej. Za przyjemność studiowania muszą płacić. Są to kwoty w przedziale 1,5 - 2,5 tys. zł za semestr i są porównywalne z tymi, jakie płaci studencka brać w szkołach prywatnych. Z tym, że w tych drugich nie ma podziału na dziennych i zaocznych. Za wiedzę muszą zapłacić wszyscy.
 
Ceny są różne. Np. w Wyższej Szkole Bankowości i Finansów zaczynają się tuż przed magiczną granicą dwóch tysięcy za semestr i kończą na 2,4 tys. na kierunku prawo. Po drodze zapłacić musimy jeszcze wpisowe - 200 zł. Egzamin poprawkowy kosztuje 50 zł, a warunek 150 zł. A ponieważ wiadomo, że student bez poprawki, to jak żołnierz bez karabinu, to owe względnie niewielkie kwoty potrafią napsuć żakom i ich rodzicom sporo krwi.

Podobnie jest w Wyższej Szkole Administracji. Opłaty za studia - w zależności od kierunku - zaczynają się od prawie dwóch tysięcy złotych i dochodzą do 2,3 tys. zł (np. na kierunku fizjoterapia).
 
Jestem studentem, zbieram na bilet

Nie trzeba studiować matematyki, żeby dokonać szybkiego bilansu. Wynika z niego, że rok studiowania - nie licząc dziennych na ATH - kosztuje prawie, a czasem nawet ponad 5 tys. zł. Ale to nie koniec wydatków związanych z pobieraniem nauki w szkole wyższej. Przecież gdzieś trzeba mieszkać albo skądś i dokądś dojeżdżać.
 
W Bielsku-Białej mamy kilka akademików, lecz nie wszyscy mogą z nich korzystać. Osoba mieszkająca w Opolu nie powinna mieć żadnych problemów z otrzymaniem miejsca, ale już student z Katowic otrzyma je tylko wówczas, gdy miejscem nie są zainteresowani koledzy, którzy mają dalej do domu. Ceny za nocleg wahają się w granicach 280-380 zł za miesiąc w zależności od ilości łóżek w pokoju i jego standardu. Najtańsze są pokoje przed remontem.
Osoby przyzwyczajone w domu do wygody szukają mieszkania prywatnego, stancji czy po prostu pokoju do wynajęcia. Bielski cennik nie należy jednak do szczególnie przyjaznych dla studentów. Rzadko udaje się wytargować opłatę poniżej 400 zł za miesiąc.
Drogi dyplom

Dla studentów architektury wszędzie jest drogo. Każda sesja związana jest z koniecznością wydania kolejnych setek złotych. - Projekty na zaliczenie musimy przynosić na specjalnym papierze. Każdy taki wydruk kosztuje minimum 60 zł, a w sesji tylko na jeden przedmiot trzeba mieć ok. czterech plansz - żali się studentka architektury wnętrz w Bielskiej Wyższej Szkole. Zdarzają się przypadki, kiedy 200 zł ląduje w koszu, gdy profesor wstawia dwóje do indeksu i każe przygotować wszystko jeszcze raz.
 
W ten sposób z 6 tys. zł, które przyszłych architektów kosztuje rok studiów, robi się dużo większa kwota. Opłaty wzrastają jeszcze na ostatnim roku studiów na tym kierunku. Czesne za ostatni miesiąc wynosi 600 zł plus 1000 zł za obronę plus 700-1000 zł za wydrukowanie pracy dyplomowej. Suma wydatków daje kwotę równą całkiem przyzwoitej pensji.
 
Aby przeciętna rodzina mogła sobie pozwolić na wysłanie dziecka na studia, coraz częściej młodzi ludzie przez cały tydzień ciężko pracują. W sobotę i niedzielę jadą na uczelnię, gdzie zostawiają często połowę swojej wypłaty i resztki energii, która im została po pracy. W poniedziałek wracają do obowiązków służbowych, by każdą wolną chwilę przeznaczyć na naukę. Wszyscy marzą o posadzie po uzyskaniu dyplomu, kiedy wreszcie będzie można odpocząć.

Magdalena Dydo