Rozmowa z Mariuszem Wiktorowiczem, trenerem siatkarek BKS Aluprof
 
Świętowanie po zwycięskiej batalii z Muszynianką zapewne było długie i huczne. Jak Pan uczcił ten życiowy sukces?
 
 - Oczywiście, że świętowanie było huczne i długie. Od razu po meczu mieliśmy w klubowej restauracji spotkanie z działaczami. Na pewno będzie jeszcze niejedna okazja do celebracji tego sukcesu. Do mnie dopiero powoli dociera, że jesteśmy mistrzami kraju.
 
Uczył się u najlepszych

Urodził się Pan w Legnicy. Jak to się stało, że trafił Pan do Bielska-Białej?
 
 - Pierwsze siatkarskie kroki stawiałem w rodzinnej miejscowości, w klubie Orion Sulechów. Stamtąd trafiłem do Częstochowy, do klubu AZS Yawal. Spędziłem tam kilka sezonów i zdobyłem złote medale mistrzostw Polski w kategorii juniorskiej i seniorskiej. Kolejnym klubem w mojej karierze zawodniczej był BBTS Bielsko Biała, w którym grałem przez cztery udane sezony. Później były Avia Świdnik, M-Punkt Rzeszów, Górnik Radlin i Jadar Radom. Po zakończeniu kariery zawodniczej, wziąłem się za „trenerkę”. Pierwsze kroki stawiałem jako asystent Dariusza Luksa w Jadarze. Po jakimś czasie otrzymałem propozycję pracy w BKS jako asystent trenera Wiktora Kreboka.
 
Jest Pan młodym trenerem. Od kogo najwięcej się Pan nauczył?
 
 - Jestem młodym trenerem, ale szlify zbierałem już w najwyższych klasach rozgrywkowych. Jeszcze jako zawodnik pilnie obserwowałem pracę swoich szkoleniowców, bo wiedziałem, że po skończeniu kariery zawodniczej zostanę trenerem. Dużo nauczyłem się od doświadczonych trenerów: Kreboka i Igora Prielożnego. Poznałem także smak włoskiego warsztatu szkoleniowego, bo przez trzy miesiące współpracowałem z Marco Bonittą, kiedy reprezentacja Polski przygotowywała się do Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Obserwowałem również zajęcia trenera Santiniego z Jastrzębia i Trawicy z Rzeszowa.
 
W czym tkwi Pańska recepta na sukces?
 
 - Bardzo ważne jest to, żeby z grupy ludzi o różnych charakterach i mentalności stworzyć dobrze rozumiejący się zespół. Starałem się zdjąć presję z dziewczyn, unikając słowa „musimy”. Jeżeli zawodniczka czuje się mocna fizycznie i mentalnie, to daje to pozytywny efekt. Nawet w momentach zwątpienia wiedzieliśmy, że jesteśmy mocnym zespołem i wystarczyło się jeszcze bardziej skonsolidować, by znów wrócić na właściwe tory. Po drugie, udało nam się wypracować szczyt formy na finałowe mecze. Czasami odbywało się to kosztem pojedynczych potknięć we wcześniejszych meczach. Dziewczyny regularnie przechodziły testy wydolnościowe, kiedy badaliśmy ich poziom zmęczenia i do tych wyników dostosowaliśmy odpowiedni trening.
 
Drużyna BKS była też odpowiednio zmotywowana finansowo. Niektóre media podawały nawet kwoty rzędu 300 tys. zł do podziału za złoty medal.
 
 - Premia jest zapisana w regulaminie. Uważam, że po takim wyniku, jaki osiągnęliśmy, zostaniemy właściwie nagrodzeni. Grając finał z Muszynianką nie myśleliśmy o pieniądzach, lecz o upragnionym „złocie”. Wiele z moich podopiecznych nie miało jeszcze tego krążka w kolekcji. Była więc to dla nich główna motywacja.
 
Nie będę gorszy od Włocha

Połowę sezonu z drużyną przepracował Igor Prielożny. Jaki był jego wkład w ten sukces?
 
 - Trener Prielożny, to doskonały fachowiec. Jego praca wykonana w minionym sezonie w jakimś stopniu zaprocentowała w decydującym momencie. Pracowaliśmy wspólnie półtora roku i ten okres mogę uznać za bardzo pożyteczny dla mnie. Na pewno, nie starałem się kopiować stylu Prielożnego. Nie od dziś wiadomo, że każda kopia jest gorsza od oryginału.
 
Krążą pogłoski, że włodarze klubu chcą zatrudnić nowego szkoleniowca. Wymienia się głównie nazwisko byłego trenera Eczacibasi Stambuł, Włocha Giuseppe Cuccariniego. Jak Pan przyjmuje te spekulacje?
 
 - Ze spokojem. Moja umowa o pracę jest ważna do końca czerwca. Czekam na decyzje prezesa.
 
Gdyby jednak doszło do takiej roszady, to czy zdecydowałby się Pan na objęcie po raz kolejny roli asystenta pierwszego trenera. Nie uznałby Pan tego za krok wstecz?
 
 - Nie, nie byłby to krok wstecz. Trenerzy z Włoch uchodzą za najlepszych. Wielu trenerów młodego pokolenia już poznało tajniki warsztatu szkoleniowego Włochów. Różnica polega na tym, że trenerzy z tego kraju mają do dyspozycji cały zespół asystentów. W naszej żeńskiej lidze jeszcze nie ma tak licznych sztabów fachowców.
 
W czerwcu Anna Barańska bierze ponoć ślub. Co z jej kontuzjowanym biodrem? Zawodniczka podda się operacji?
 
 - Myślę, że nie dojdzie do operacji. Dolegliwość nieco ustała. Ania bierze ślub w czerwcu, a później będzie miała kilka tygodni na odpoczynek. Poza tym zawodniczka oficjalnie zgłasza gotowość do gry w kadrze, więc czuje się silna. Potrzebuje po prostu chwili wytchnienia po ciężkim dla niej sezonie.
 
Rewolucji nie będzie

Wiadomo, że na urlop macierzyński udaje się Helena Horka. Natomiast klub zasili 22-letnia Gabriela Wojtowicz. Mógłby Pan krótko scharakteryzować tę siatkarkę?
 
 - To uzdolniona zawodniczka młodego pokolenia. Posiada bardzo dobre warunki fizyczne, bo mierzy 202 cm. Jej wzrost i zasięg predysponują ją do gry na pozycji środkowej. Ma bardzo duże możliwości w ataku. Środkowa ma za zadanie także skutecznie blokować i w tym względzie Gabrielę trzeba odpowiednio ukształtować. Tegoroczna faza play-off pokazała, jak ważny jest to element. Nic tak nie deprymuje przeciwnika, jak skuteczny blok.
 
Kontrakt kończy się Katarzynie Skorupie. Mówi się także o zakończeniu kariery przez Dorotę Świeniewicz. Jakie będą losy tych zawodniczek?
 
 - Rozmowy są w toku. Takimi sprawami w klubie zajmuje się dyrektor sportowy.
 
W Muszynie już szykują się rewolucyjne zmiany. Do składu ma dołączyć m.in. Milena Sadurek, Katarzyna Gajgał, a nawet Holenderka, Debbie Stam. Czy BKS bez poważnych wzmocnień może cokolwiek zwojować w Lidze Mistrzyń?
 
 - Na ile uda się wzmocnić Muszyniance, to jeszcze czas pokaże. U nas tak rewolucyjne zmiany się nie zapowiadają. Wiadomo, że jakiś napływ świeżej krwi jest potrzebny. Nie mówię więc, że zmian nie będzie. Na razie za wcześnie mówić o konkretnych nazwiskach. Ja ze swojej strony podałem listę zawodniczek, które widziałbym w BKS.
 
Czy na tej liście są siatkarki zza granicy?
 
 - Oczywiście, że są. Wiadomo, że wiele będzie zależeć od finansów, jeśli chodzi o transfery zagraniczne. W Polsce rynek jest ograniczony, gdyż najlepsze zawodniczki już są poobsadzane w czołowych klubach. Jeżeli chcemy podwyższać poziom ligi, to musimy sprowadzać obcokrajowców. Taka polityka znakomicie sprawdza się w męskiej Plus Lidze.
 
Rozmawiał: Paweł Hetnał