Ten temat sygnalizowało nam wielu Czytelników jeszcze przed powodzią, lecz w jej obliczu problem zaostrzył się jeszcze bardziej. Oczywiste, że z żywiołem nikt nie wygra. Ale czy na pewno zrobiliśmy wszystko, żeby skutki tego kataklizmu były jak najmniejsze? Czy wszystkie studzienki był drożne? Czy rzeki były odpowiednio zabezpieczone? Czy mieliśmy wystarczającą ilość worków z piaskiem? Dlaczego woda z błotem z największej budowy w mieście zalała domy bielszczan?
 
W wielu miastach i miejscowościach na terenie całej Polski wciąż toczy się dramatyczna walka z żywiołem. W Bielsku-Białej sytuacja się normalizuje. Trwa usuwanie skutków ulewnych deszczy. Powoli zaczyna się też liczenie strat oraz szukanie osób odpowiedzialnych za zaniedbania.
 
Pogoda wyręczyła drogowców

Nie brak wśród bielszczan głosów, że wszystkiemu winne były niedrożne studzienki kanalizacyjne. Naczelnik wydziału zarządzania kryzysowego UM w Bielsku-Białej Mikołaj Jakimowicz nie ukrywa, że część winy za taki stan rzeczy ponoszą mieszkańcy, którzy traktują studzienki, jak kosze na śmieci. Wrzucają tam dosłownie wszystko. Czyszczenie studzienek nie odbywa się codziennie, a nigdy nie wiadomo, kiedy deszcz zaatakuje.
 
 - Studzienki sprawdzamy i czyścimy na bieżąco - powiedział nam jeszcze przed nadejściem „wielkiej wody” zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Dróg, Lubomir Zawierucha. - Reagujemy także na podstawie zawiadomień. Dlatego jeżeli mieszkańcy widzą, że gdzieś faktycznie nie spływa woda, to proszę nas o tym informować. W mieście jest 600 km dróg i jeden pracownik nie jest w stanie wszystkiego na bieżąco sprawdzać. - Tydzień temu Zawierucha informował nas, że do 18 maja MZD chce wykonać pozimową inwentaryzację studzienek. Pogoda drogowców chyba wyręczyła.
 
Zawierucha podkreśla, że przy oberwaniu chmury nie ma możliwości, żeby studzienki dały sobie radę z każdą ilością wody, jaka do nich dociera. Kanalizacja i odpływy budowane są na podstawie danych o średniej ilości opadów. Używanie rur o większej średnicy niewyobrażalnie zwiększyłoby koszty. Opady, przy których obecnie zaprojektowana kanalizacja sobie nie radzi, zdarzają się bardzo rzadko.
 
Dyrektor MZD zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. Większość sieci kanalizacyjnej była budowa dawno temu. Została dostosowana do ówczesnych wymogów i sieci dróg. Tymczasem powstały nowe ulice, które przyłączane są do sieci kanalizacyjnej głównych ciągów komunikacyjnych.
 
Urzędnicy ostrzegali

W pewnym stopniu za niedrożne przepływy odpowiedzialna jest także AQUA. - Odpowiadamy jedynie za utrzymanie głównych kanałów - tłumaczy Kazimierz Oboza, dyrektor utrzymania ruchu w spółce. - Wpusty pozostają w gestii MZD. Tymczasem po zimie do kanałów spływają często ogromne ilości piasku, które ograniczają ich drożność. Ten piach z dróg powinien być usuwany zaraz po zejściu śniegu.
 
Czy to oznacza, że w obliczu kaprysów matki natury jesteśmy bezradni? Nie do końca. Naczelnik Jakimowicz podkreśla, że od piątku ostrzegał przed żywiołem. - Ostrzegaliśmy zakłady pracy. Ludzie przecież słuchają radia, oglądają telewizję. Widzą, ze zbliżają się ulewne deszcze. Ale zazwyczaj myślą, że ich to nie dotknie. Tymczasem można przecież iść do sklepu, kupić świeczki, więcej chleba czy mąki. - Jakimowicz tłumaczy, że wydział zarządzania kryzysowego analizuje aktualne prognozy pogody, lecz nigdy dokładnie nie wiadomo, gdzie deszcz spadnie i kogo najmocniej zaleje. Naczelnik wydziału podkreśla, że przy każdej większej ulewie podtapiane są inne domy, na innych ulicach.
 
Czy władze miejskie zrobiły na pewno wszystko, aby zminimalizować skutki opadów? Jakimowicz uważa, że tak. - Wiadomo, ludzie powiedzą, że mogłem kupić więcej worków. Tylko jakby przez dwa lata nie nadeszły takie deszcze, to worki sparcieją i potem będę musiał się tłumaczyć przez Radą Miejską z wyrzuconych pieniędzy.
 
Zdaniem naczelnika, wydawanie worków wyłącznie strażakom przez pierwsze dwa dni było działaniem przemyślanym. Bo zawsze mogą pojawić się osoby, które nie zawahają się dorobić na ludzkim nieszczęściu. Ratusz chciał uniknąć sytuacji, kiedy ktoś pobrałby duże ilości worków, a następnie sprzedawał je potrzebującym. - Zgłasza się do nas wiele firm, które oferują pomoc. Ale za grube tysiące!
 
Budowlańcy zapłacą?

W obliczu kataklizmu powinniśmy sobie pomagać nawzajem. Tam, gdzie ludzie okazywali sobie sąsiedzka pomoc, nie było tak źle. Gorzej, kiedy jeden patrzył, jak drugiego zalewa. - Dzwoniła do nas pewna pani, skarżąc się, że ma 10 cm wody w piwnicy i żeby przyjechali do niej strażacy. Rozumiem, że to jest dla niej problem, ale w okolicznych miejscowościach zalewa ludziom całe domy. W miejscach, gdzie woda zagraża życiu pracują niemal wszyscy nasi strażacy. Ta kobieta nie mogła tego zrozumieć.
 
W Bielsku-Białej pracowało zaledwie 10-15 proc. strażaków. Pozostałe siły zostały wysłane do Czechowic-Dziedzic, Kaniowa, Zabrzega. - W naszym mieście najbardziej ucierpiały dzielnice położone poniżej Białej. W sumie zalało ponad 200 hektarów, głównie w Komorowicach Śląskich i Krakowskich.
 
Zapytaliśmy Jakimowicza o jeszcze jedną ważną kwestię. Czy można było uniknąć katastrofy w rejonie ulicy Żywieckiej - zablokowania drogi i zalania wielu domów poniżej? - Oczywiście! Podczas robót ziemnych budowlańcy zasypali dwa cieki wodne i zastosowali rury o zbyt małej przepustowości. - Naczelnik tłumaczy, że nie jest to wina miasta. - Nie mamy prawa ich kontrolować, gdyż jest to inwestycja GDDGiA. Nie możemy ich także ukarać, ale z pewnością wyegzekwujemy od nich naprawę ul. Żywieckiej. Mamy nadzieję, że będzie można nią przejechać do końca miesiąca.
 
Naprawy szkód mogą żądać od Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad także mieszkańcy m. in. ul. Kolejowej. Woda spływająca z budowy zalała ich domy i podwórka. Mikołaj Jakimowicz prosi, aby wnioski o odszkodowania składać do prezydenta Jacka Krywulta. Następnie dokumenty zostaną przekazywane GDDKiA.
 
Magdalena Dydo