Mogłoby się wydawać, że Podbeskidzie nie jest wymarzonym celem emigracji Anglików, Amerykanów czy Kanadyjczyków. Przyzwyczailiśmy się raczej do odwrotnego kierunku wyjazdów. Tymczasem nie brak ludzi z dalekich i wyżej gospodarczo rozwiniętych krajów, którzy zdecydowali się przyjechać do Polski i zostać tu na dłużej. „Kronika” zapytała kilkoro z nich, co ich do nas przyciągnęło i jak się tu czują.
 
W poszukiwaniu rodziny
 
Benjamin Richards z Kanady od kilku lat mieszka w Bielsku-Białej, gdzie pracuje jako lektor w szkole językowej. Do Polski trafił w poszukiwaniu korzeni swojej rodziny. - Mój dziadek pochodził z terenów przedwojennej Polski. Przed przyjazdem tutaj mieszkałem w Azji i uczyłem dzieci angielskiego. Po czterech latach upalnej azjatyckiej pogody zamarzyłem o innych warunkach: niższych temperaturach i śniegu. Sprawdziłem więc stronę internetową CIA w poszukiwaniu informacji o Polsce. Przeczytałem tam: „Polska: długie, zimne zimy, krótkie, chłodne lata” i pomyślałem: doskonale! Poza tym cały czas miałem świadomość tego, że miałem tu gdzieś rodzinę. Doszedłem do wniosku, że jeśli ja tu nie wrócę w poszukiwaniu naszych cioć i wujków, to nikt tego nie zrobi - mówi Benjamin.
 
Po przyjeździe do Polski Kanadyjczyk odnalazł członków swojej rodziny - w okolicach Opola. - Byli niesamowicie zdumieni, kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy. Mieli moje zdjęcia z okresu, gdy byłem bardzo mały. Okazało się, że mój dziadek aż do śmierci pisał do rodziny z opolskiego listy i wysyłał zdjęcia swoich wnuków, między innymi moje. Kiedy zobaczyłem te zdjęcia i listy, byłem zafascynowany i zaskoczony - mówi Benjamin.
 
Imprezy pod chmurką
 
Andrew Neal trafił do Polski z Los Angeles. Chciał studiować w Krakowie, który bardzo go zainteresował. Pracę znalazł jednak w szkole językowej w Bielsku-Białej. Studia po angielsku w Krakowie planuje rozpocząć w zbliżającym się roku akademickim. W Bielsku mieszka od pół roku. Zaskakują go polskie imprezy, zwłaszcza te na działkach. Podkreśla, że termin „działka” nie ma angielskiego odpowiednika. Ogródek działkowy to specyficznie polski „wynalazek”.
 
 - Pamiętam doskonale pierwszą imprezę na działce, na której byłem w Polsce. Były to urodziny naszej znajomej. Siedzieliśmy trzy czy cztery godziny w ogródku pod miastem, jedząc i popijając wódkę z kieliszków. Nie rozumiałem nic po polsku ani nie miałem pojęcia, co się dookoła mnie dzieje. Lubię jednak takie sytuacje, obserwuję wtedy ludzi i przyglądam się bacznie temu, co się dzieje. W Los Angeles ludzie na imprezach mają skłonność do szybkiego upijania się. Tu było zupełnie inaczej. Piliśmy sobie powoli, nie trzeba było się nigdzie śpieszyć. Zajadaliśmy różne kiełbasy, świeciło słońce. Znacznie bardziej podobają mi się takie imprezy niż te w Stanach - opowiada Andrew.
 
Polubiła pogodę
 
Rachel Boardman z Blackpool w Anglii mieszka w Polsce od niedawna, kilka miesięcy temu skończyła studia na wyspach i postanowiła przyjechać do Polski, bo polubiła tutejszą pogodę i lokalną specyfikę. Przyjazd do Bielska-Białej nie był dla niej niczym zaskakującym. Rachel znała już inne polskie miasta z kilku wycieczek, które odbyła podczas studiów. Tak jak inni, postanowiła pracować jako nauczycielka języka angielskiego.
 
Na razie dużym problemem jest dla niej język polski. - Potrafię powiedzieć po polsku tylko „poproszę jedno piwo”. Jestem naprawdę zaskoczona tym jak pomocni są ludzie w sklepach i barach. Nie mówię zupełnie po polsku, ale staram się jak mogę, wskazuję palcem na różne artykuły. Ludzie są bardzo przyjaźni i weseli. Gdybym to ja pracowała w barze w Anglii i ktoś nie mówiłby po angielsku, byłoby to dla mnie strasznie irytujące. Dla ludzi tutaj nie stanowi to problemu - mówi Rachel.
 
Za mało uśmiechu
 
Spojrzenie na Podbeskidzie z perspektywy przybyszów z dalekich krajów ujawnia te nasze cechy, które nie zawsze są przez nas dostrzegane. I tak na przykład zdaniem Beniamina, niektóre polskie zwyczaje mogą się wydawać przybyszom z innych krajów nieuprzejme.
 
 - Zauważyłem, że ludzie tutaj nie uśmiechają się do siebie tak często, jak robią to w Kanadzie. Gdy w Kanadzie codziennie spotykam kogoś, kogo nie znam, na ogół uśmiechamy się do siebie, choć nie rozmawiamy. Tutaj to się raczej nie zdarza. Wydaje mi się, że w Polsce panuje głęboko zakorzeniony brak zaufania wobec ludzi, których nie znamy. Na przykład jeśli otwieram drzwi i przepuszczam starszą panią w Kanadzie kobieta ta uśmiecha się do mnie. W Polsce, jeśli czasem trzymam komuś drzwi, ludzie przyglądają mi się nieufnie. Mam wtedy wrażenie, że zastanawiają się, czy przypadkiem czegoś od nich nie chcę - opowiada Ben.
 
Zaraz jednak dodaje, że często spotykał się także z oznakami uprzejmości. - Na początku mojego pobytu w Polsce stałem w Jaworzu na stacji benzynowej. Musiałem wyglądać na zagubionego, bo aż dwie rodziny zatrzymały się i pytały, czy się nie zgubiłem. To było szalenie miłe - mówi Ben.
 
Mądre dziewczyny
 
Jak można się domyślić, do Polski przyciąga nativespeakerów, czyli obcokrajowców uczących tu swego ojczystego języka, także atrakcyjność Polek. Przy czym okazuje się, że nie chodzi tylko o atrakcyjność fizyczną, ale także o interesujące charaktery polskich dziewczyn.
 
 - W Polsce spotkałem więcej „poukładanych” dziewczyn, dobrze ułożonych niż w Stanach. Sporo dziewczyn u mnie w College’u w Los Angeles miało głowę w chmurach, można było się z nimi pobawić, pójść na imprezę, ale raczej trudno było z nimi pogadać na głębsze tematy czy stworzyć stały związek. Natomiast tu, w Bielsku, i w ogóle w Polsce spotkałem dużo dziewczyn, z którymi można bardzo ciekawie i szczerze pogadać - opowiada Andrew.
 
Zdaniem Bena Polki są jednak znacznie trudniejsze do zdobycia niż kobiety w innych krajach. - Miałem często uczucie, że w przypadku Polek trzeba się bardziej starać i włożyć znacznie więcej trudu, by zyskać ich zaufanie - mówi Ben.
 
Tekst i foto: Paweł Miech