W katastrofie w Smoleńsku zginęła duża część elity politycznej naszego kraju, ale także wielkich miłośników sportu. Prezydent Lech Kaczyński był zagorzałym kibicem, co potwierdzał podczas licznych spotkań z polskimi sportowcami. Bielszczanin Mariusz Handzlik bywał na meczach piłkarzy TS Podbeskidzie. W samolocie prezydenckim swoją przygodę ze sportem skończył też prezes PKOl Piotr Nurowski.
 
W Smoleńsku zginął kwiat polskiej inteligencji. Znaczna część pasażerów samolotu Tu-154 M była gorącymi propagatorami i zwolennikami sportu, którzy wiedzieli o nim wiele i starali się go wspierać w każdy możliwy sposób. 10 kwietnia 2010 roku świat naszego sportu doznał niepowetowanej straty...
 
Miłe rozczarowanie sportowców
 
Swojej sympatii do sportu nigdy nie ukrywał prezydent Lech Kaczyński. Jako żarliwy kibic polskich zawodników, ogromnie cieszył się z ich sukcesów na arenach międzynarodowych. Uważał, że „sport, to również bardzo ważna dziedzina pokojowej konkurencji między krajami”. Można o tym przeczytać w Przeglądzie Sportowym, który wywiad z ówczesnym prezydentem Warszawy opublikował dopiero po pięciu latach.
 
Dowodów tej swojej pasji dostarczał nader często, przyjmując sportowców w Pałacu Prezydenckim. Wszyscy goście zgodnie potwierdzają, że zawsze byli mile rozczarowani po takiej wizycie. Spodziewali się dyplomatycznej kurtuazji, kiedy głowa państwa wymienia z nimi uścisk dłoni i pozwala zrobić sobie pamiątkową fotografię. Nic bardziej mylnego. Prezydent Kaczyński znał się na sporcie i każdemu gościowi z osobna poświęcał czas. Pytał o problemy i plany na przyszłość.
 
Sportowcy szczególnie cenili sobie, że nigdy, nawet słowem nie wspominał o polityce. Tylko oni w takiej chwili byli w centrum uwagi. Lech Kaczyński bezpośrednio uczestniczył w wielu wydarzeniach sportowych. Np. przyjechał na mecz o złoty krążek mistrzostw świata szczypiornistów Bogdana Wenty z Niemcami. Wielokrotnie też zaskakiwał sportowców telefonami z gratulacjami. Prezydent ukochał sport i potrafił docenić wysiłek, jaki sportowcy wkładali w propagowanie biało-czerwonych barw na całym świecie.
 
„Mów mi Piotrek…”
 
Sportowa Polska zapłakała na wieść o śmierci Piotra Nurowskiego, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Człowiek ten pozostawił po sobie prężnie działającą instytucję, która w blasku olimpijskich medali Polaków w Vancouver została szczególnie doceniona przez opinię publiczną. PKOl doskonale zmotywował zawodników, którzy przywieźli z Igrzysk Olimpijskich w Kanadzie aż sześć medali, co jest najlepszym wynikiem Polaków w zimowej edycji tej imprezy.
 
Piotr Nurowski był nieustannie uśmiechniętym mężczyzną, z którego emanował optymizm i radość. - Pana Nurowskiego znałem osobiście - powiedział nam Ryszard Radwan, naczelnik wydziału kultury fizycznej i turystyki bielskiego magistratu. - Drugą kadencję jestem członkiem Komisji Współpracy z Olimpijczykami przy PKOl, więc z p. Piotrem często miałem przyjemność rozmawiać. Bielszczanom dał się także poznać, kiedy wizytował nasze miasto w czasie Olimpiady Młodzieży. W hali przy ulicy Filarowej, gdzie odbywały się zawody curlingowe, wręczał sportowcom medale. Był to autentyczny i prawdziwy przyjaciel sportu. Człowiek ciepły i przyjazny, który w sposób nadzwyczaj skuteczny spełniał swoją misję w sporcie.
 
Kilkakrotnie rozmawiał z panem Piotrem pięściarski mistrz olimpijski z Tokio, bielszczanin Marian Kasprzyk. - Przyjemny facet, dusza-człowiek. Spotykaliśmy się na uroczystościach związanych ze sportem. Znałem go niedługo, ale miałem wrażenie, jakbym go poznał co najmniej 20 lat temu. Pamiętam, jak kiedyś zwróciłem się do niego per „panie prezesie”. Piotrek od razu poprosił, abym mówił do niego po imieniu. Nie umiem kadzić ludziom i nie robię tego na siłę, ale potrafię wyczuć dobrego człowieka. Piotr z pewnością nim był.
 
Sympatyk „Górali”
 
Wśród osób, które zginęły w drodze do Katynia był Mariusz Handzlik, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Ten błyskotliwy polityk urodzony w Bielsku-Białej obserwował poczynania piłkarzy Podbeskidzia, kiedy tylko czas Mu ma to zezwolił.
 
 - Pan Mariusz bywał na naszych meczach - wspomina prezes „Górali”, Janusz Okrzesik. - Ostatni raz widziałem go wraz z synem w Wielką Sobotę, w czasie meczu ze Stalą Stalowa Wola. Był sympatykiem naszego klubu. Poznałem go jeszcze na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdzie studiowaliśmy wspólnie przez jakiś czas. Później zdarzało nam się spotykać w czasie sprawowania funkcji publicznych. Zawsze robił wrażenie kompetentnego. Nie uprawiał polityki w sensie partyjnym, a pracował tylko i wyłącznie dla dobra Polski. Był młody i w dyplomacji wspinał się na najwyższe szczeble bardzo szybko. Mógł osiągnąć jeszcze wiele.
 
W czasie ostatniego ligowego meczu Podbeskidzia Mariusza Handzlika poznał bliżej Ryszard Radwan. - Byłem pod wrażeniem jego zasobów wiedzy o sporcie. Rozmawialiśmy niemal pół godziny, wspominając stare, dobre czasy bielskiego i polskiego sportu. Naczelnik nie krył smutku po katastrofie. - Dziś jesteśmy, a jutro nas nie ma. Trudno pozbierać myśli, ale pracować trzeba.
 
Ich praca nie pójdzie na marne
 
Dobro rodzimego sportu mocno leżało na sercu Jerzego Szmajdzińskiego. Był gorącym kibicem Lechii Zielona Góra. Swego czasu pełnił funkcję wiceprezesa PKOl, był również działaczem Śląska Wrocław. Jako minister obrony narodowej, walczył o ratunek dla wojskowych sekcji sportowych.
 
W drodze do Katynia zginął Maciej Płażyński. Jako prezes stowarzyszenia „Wspólna Polska” był organizatorem światowych Igrzysk Polonijnych. Zanim usłyszeliśmy o „Orlikach”, istniał już projekt byłego marszałka Sejmu pod nazwą „Boisko blisko”.
 
Wielkim przyjacielem sportu w wydaniu młodzieżowym był ojciec Józef Joniec, twórca projektu „Parafiada”. Wszyscy ci ludzie mieli wielkie serce dla sportu i z pewnością ich praca nie pójdzie na marne.
 
Paweł Hetnał