Trwa czas żałoby i niedowierzania, że ta tragedia naprawdę się wydarzyła. Po pogrzebie ofiar, przyjdzie czas odpowiedzi na pytanie, jak mogło dojść do niewyobrażalnej katastrofy w Smoleńsku. „Liny przyczyn składają się z całego mnóstwa nici” - stwierdził wielki fiński pisarz Mika Waltari. Głęboką prawdę tej myśli z pewnością potwierdzą wyniki dochodzenia prowadzonego przez Polaków i Rosjan.
 
Ciało prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego wróciło już z honorami do Polski na pokładzie samolotu wojskowego CASA 295 M. Nie tylko Polska jest pogrążona w żałobie. Kondolencje wciąż napływają z całego świata. W poniedziałek hołd ofiarom oddadzą nie tylko Rosjanie. Żałobę narodową ogłoszono w całej Unii Europejskiej, Gruzji a nawet w Brazylii. Pamięć pasażerów tragicznego lotu do Smoleńska uczcili w sobotę piłkarze Realu Madryt i FC Barcelona.
 
Zamarła cała Polska
 
W niedzielne południe zamarła w zadumie cała Polska. Warszawa utonęła na dwie minuty w dźwięku syren i klaksonów. W stolicy żałoba po parze prezydenckiej i pozostałych 94 ofiarach katastrofy w Smoleńsku rozpoczęła się już w sobotę rano, niespełna godzinę po tej tragedii. Już wtedy przed Pałacem Prezydenckim pojawiły się pierwsze kwiaty i znicze. Do wieczora utworzyły ogromny kobierzec utkany z kolorów i światła. Ludzie przychodzili, choć wciąż nie mogli uwierzyć w to, co się wydarzyło. Kiedy przed Pałacem Prezydenckim zabrakło już wolnego miejsca, warszawiacy zaczęli układać kwiaty na placu Piłsudskiego. Po zapadnięciu zmroku, płonący szlak zapalonych zniczy połączył Krzyż Papieski z Grobem Nieznanego Żołnierza.
 
Tu-154 M wystartował z Okęcia w sobotę o 7.23. O smoleńską ziemię uderzył po 93 minutach lotu. W Warszawie była godzina 8.56... Ten konkretny Tu-154 M noszący numer burtowy 101 (nr ser. 90A-837) opuścił fabrykę 29 czerwca 1990. Czas jego użytkowania przewidziano na 30 tys. godzin lotu lub 25 lat eksploatacji. Do 9 kwietnia br. maszyna wylatała 5141 godzin. W ciągu 20 lat samolot był trzykrotnie remontowany. Ostatni remont główny - objęty pięcioletnią gwarancją - zakończono 21 grudnia 2009 r. w rosyjskiej Samarze. Po tym przeglądzie, samolot wylatał blisko 138 godzin. Tą samą maszyną premier Donald Tusk poleciał 7 kwietnia do Smoleńska na uroczystości w Katyniu.
 
Najbardziej wiarygodne, obecnie dostępne informacje o ostatnim etapie najtragiczniejszego lotu w historii Polski pochodzą od Rosjan. Wiadomo m.in., że w odległości około 50 km od lotniska Smoleńsk-Siewiernyj polski Air Force One znalazł się w zasięgu jego służby kontroli lotów. W tym momencie - według gen. Aleksandra Alioszina, zastępcy szefa sztabu dowództwa rosyjskich Sił Powietrznych - załoga otrzymała informację o trudnych warunkach panujących na lotnisku w Smoleńsku: gęstej mgle i ograniczonej widoczności. Procedury lotnicze dopuszczają lądowanie na Tu-154 M przy minimalnym pułapie 80-100 metrów i widzialności co najmniej jednego kilometra. Według rosyjskich informacji, w sobotę rano w Smoleńsku chmury wisiały zaledwie 60 metrów nad lotniskiem.
 
Według władz rosyjskich, pilot Tupolewa nie posłuchał kontrolera lotów, który w tej sytuacji rekomendował lot na lotnisko zapasowe w Mińsku lub Moskwie. Załoga rozpoczęła procedurę lądowania. Na około 2-3 km przed lotniskiem samolot zaczął gwałtownie zmniejszać wysokość. Kierownik lotów miał wówczas wydać komendę, by samolot wyrównał i dalej leciał poziomo. Załoga jednak kontynuowała zniżanie, choć z ziemi padły kilkakrotne komendy przerwania lądowania i odejścia na najbliżej położone lotnisko zapasowe w Mińsku.
 
W tym momencie Tupolew nr 101 leciał na wysokości kilku metrów. Według procedur lądowania, w tym momencie powinien znajdować się co najmniej 70 metrów wyżej. Samolot znajdował się około 150 metrów od osi pasa do lądowania. Pilot prawdopodobnie próbował skręcić i kontynuować lądowanie. Przechylił samolot. W tym momencie przesądził się los 96 osób znajdujących się na pokładzie. Lewe skrzydło maszyny ścięło kilka drzew i antenę jednego z urządzeń lotniska. Maszyna roztrzaskała się blisko kilometr przed początkiem płyty startowej. Najpierw odłamał się ogon samolotu. Przedziały pasażerskie samolotu spłonęły...
 
Rosjanie bali się lądować
 
W sobotę rano na smoleńskim lotnisku miały lądować trzy samoloty. O 7.15 (czasu polskiego) wylądował polski Jak-40. Po nim, miał lądować rosyjski Ił-76, ale z powodu gwałtownego załamania pogody jego załoga zdecydowała się polecieć na lotnisko zapasowe. Pilot Tu-154 M podjął inna decyzję...
 
Kierujący dochodzeniem Prokurator Generalny Rosji Jurij Czajka już w sobotę stwierdził, że możliwość wystąpienia usterki technicznej uważa za mało prawdopodobną przyczynę katastrofy. Pojawiła się także informacja, że polski Air Force One krążył nad lotniskiem oceniając możliwości wylądowania. Gdyby to się potwierdziło, było by to złamanie kolejnej procedury obowiązującej w lotnictwie cywilnym.
 
Okoliczności katastrofy w Smoleńsku niepokojąco przypominają inną tragedię lotniczą, która wydarzyła 23 stycznia 2008 r. w Mirosławcu. Tam także wojskowa maszyna rozbiła się tuż przed pasem startowym przy podchodzeniu do lądowania w warunkach ograniczonej widoczności. Zginęło wówczas 20 wojskowych lotników, w tym wielu dowódców jednostek bojowych naszych Sił Powietrznych. Zapowiedziano wtedy wyciągnięcie wniosków dotyczących szkolenia załóg oraz nieumieszczania tak wielu ważnych osób na pokładzie jednego statku powietrznego. O tych wnioskach dziś nikt nie wspomina. Pojawiają się natomiast sygnały o ograniczeniu wydatków na szkolenie załóg Sił Powietrznych. 
 
Kolejną sprawą jest postulowana już od ponad 10 lat przez lotników i ekspertów zajmujących się tematyką lotniczą wymiana wysłużonych śmigłowców i samolotów, którymi podróżują najważniejsze osoby w państwie. Mnożące się awarie statków powietrznych należących do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowanego były nie tylko powodem kompromitacji Państwa Polskiego w oczach świata, ale wyraźnymi sygnałami ostrzegającymi przed tragedią.
 
Rozmiary katastrofy w Smoleńsku przekroczyły jednak wyobraźnię nawet największych czarnowidzów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby wymyślić okoliczności, w których Polska w jednej chwili traci Prezydencką Parę i najbliższych współpracowników Głowy Państwa, kilkunastu parlamentarzystów, sześciu najważniejszych dowódców Wojska Polskiego, szefów kluczowych dla funkcjonowania państwa instytucji i wielu innych ludzi, których zasługi dla Polski trudno przecenić.
 
Andrzej Walentek
 
Autor jest dziennikarzem prasy warszawskiej, zajmującym się tematyką wojskową. Drukuje m.in. w „Super Expressie” i „Wprost”. Korespondent wojenny w Iraku i Afganistanie.