Bielskie dzieci nie mają szczęścia do władz naszego miasta. Ratusz przez wiele miesięcy sprzeczał się z wojewodą w sprawie opłat za przedszkola. Koszta tego sporu ponosili rodzice przedszkolaków, którzy za pobyt swoich pociech w publicznej placówce przedszkolnej płacili znacznie więcej niż mieszkańcy Warszawy czy Gdańska. Teraz, kiedy miejskim i wojewódzkim urzędnikom udało się w końcu dojść do ładu co do płatności, okazuje się, że stało się to kosztem rozwoju dzieci.
Jeżeli pomysł bielskich władz wejdzie w życie, to od września br. dzieci uczęszczające do przedszkoli publicznych nie będą mogły w ramach godzin spędzanych w placówce korzystać z dodatkowych zajęć angielskiego, rytmiki, warsztatów ceramicznych, kursów tańca, itp. Choć brzmi to kuriozalnie, dyrekcja Miejskiego Zarządu Oświaty zapewnia, że decyzja w tej sprawie została podjęta w trosce o dobro dzieci. Trudno pojąć, jak na obniżeniu poziomu wychowania przedszkolnego mają skorzystać maluchy i ich rodzice.
Stracą na tym wszyscy
Na pierwszy rzut oka widać bowiem, że stracą wszyscy. Do tej pory, przez osiem godzin w przedszkolu dzieci mogły odpłatnie uczyć się angielskiego, tańca i innych ciekawych przedmiotów, które nie mieszczą się w podstawie programowej. Dla rodziców była to oszczędność czasu i pieniędzy. Bo np. za godzinę nauki języka angielskiego w przedszkolu musieli zapłacić ok. 3 zł. Gdyby chcieli zafundować swojemu dziecku taką samą możliwość „na mieście”, kosztowałoby to ich minimum pięć razy tyle. Nie wspominając o czasie, jaki musieliby przeznaczyć na dowóz i odebranie malucha z dodatkowych zajęć.
W tej sytuacji oczywistym jest, że większość przedszkolaków zakończy swoją przygodę z językiem obcym. To przykre, że władze Bielska-Białej, które wciąż nawiązują nowe kontakty partnerskie z miastami w całej Europie i poza nią, pozbawiają najmłodszych obywateli naszej gminy szansy na podnoszenie swoich umiejętności lingwistycznych. Po wejściu nowych przepisów, angielski będzie musiał poczekać aż dziecko pójdzie do szkoły.
Na planowanych zmianach stracą także same przedszkola. Dotychczas publiczne placówki konkurowały z prywatnymi, oferując swoim wychowankom różne ciekawe zajęcia dodatkowe. Od września o żadnej konkurencji nie będzie mowy! Przedszkola miejskie zostaną zdeklasowane przez prywaciarzy, którzy kuszą rodziców bogatą ofertą. Już teraz w bielskich placówka publicznych jest 150 wolnych miejsc. Co stanie się za kilka miesięcy, jeśli ten kuriozalny przepis wejdzie w życie - możemy się tylko domyślać. Żadna z dyrektorek bielskich przedszkoli nie chciała wyrazić swojego oficjalnego stanowiska na ten temat. Anonimowo krytykują pomysły Ratusza. Obawiają, że nowe przepisy nikomu nie wyjdą na dobre.
Ale jest grupa, która zmian obawia się najbardziej. To osoby pracujące w różnych szkółkach językowych, plastycznych czy tanecznych, które swoją działalność opierały wyłącznie na umowach z przedszkolami. Wiele z nich zainwestowało w remont sal przedszkolnych przeznaczonych na zajęcia dodatkowe. Inni kupili magnetofony oraz inne pomoce przydatne podczas zabaw z dziećmi. Wszystkie te osoby od września pójdą na bezrobocie.
Dlaczego więc nasi urzędnicy napisali bubel prawny? Być może całe to żenujące zamieszanie wynika z ludzkiej zawiści. Tego rodzaju sugestię usłyszeliśmy od pewnej nauczycielki języka angielskiego w jednym z przedszkoli. Jej wersję potwierdził zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Oświaty Janusz Kaps. - Biedniejsi rodzice byli niezadowoleni, że inne dzieci mają dodatkowe zajęcia, a ich na to nie stać. Inni żalili się, że po doliczeniu wszystkich dodatkowych opłat przedszkole kosztuje 400 zł miesięcznie. To oczywiście nie jedyne powody wprowadzenia nowych przepisów, jakie wymienił Kaps.
Winni są radni?
 - Od 1 kwietnia zaczynają obowiązywać nowe stawki odpłatności za przedszkola. Pięć godzin będzie darmowych, a za każdą koleją rodzice zapłacą 1,60 zł (o zmianie opłat pisaliśmy w tekście „Rodzicom może być lżej”). Nie można więc ani w ramach podstawy, ani godzin płatnych wprowadzać zajęć, za które rodzice będą musieli płacić jeszcze dodatkowo. Poza tym nie możemy dzieciom zabierać czasu, jaki mają poświęcony na zajęcia podstawowe. Przecież nie są w stanie mieć jednocześnie dwóch zajęć edukacyjnych, gdyż w takiej sytuacji na czymś byłyby stratne.
Dyrektor Kaps zapewnił nas, że po wejściu w życie nowych przepisów dzieciaki będą miały zapewnione w przedszkolu różnego rodzaju atrakcje. Panie przedszkolanki ukończyły przecież specjalne kursy lub studia podyplomowe. To one będą prowadziły zajęcia sportowo-artystyczne.
Absurdalne przepisy nie są kolejnym pomysłem wojewody, którego wcześniej obarczano odpowiedzialnością za fiasko prób reformowania bielskich przedszkoli. Kaps tłumaczy, że obecne zmiany wymusił kształt uchwały przyjętej pod koniec stycznia przez radnych Bielska-Białej. Tyle, że wyrzucanie nauczycieli z przedszkoli jest oryginalnym pomysłem urzędników Jacka Krywulta.
Sprawdziliśmy, w jaki sposób podobne problemy rozwiązują magistraty w Gliwicach i Tychach. Z naszych informacji wynika, że w obu miastach zajęcia dodatkowe odbywają się w czasie pracy przedszkola, aczkolwiek po godz.13. W bielskim MZO podkreślają, że nikt nie zabrania organizowania zajęć dodatkowych w ogóle. Trzeba je tylko zaplanować poza godzinami funkcjonowania przedszkola. W ten sposób nasi urzędnicy uchylają furtki nauce w przekonaniu, że można się uczyć np. po godz.17. Tymczasem wszyscy rodzice wiedzą doskonale, że o tej porze nawet starsze dzieci nie są już skore do nauki, nie mówiąc o kilkulatkach.
- Teraz nasze dzieci będą głupie, jak ci urzędnicy - skomentowała pod nosem mama przedszkolaka obecna na wczorajszym zebraniu w jednym z bielskich przedszkoli.
Magdalena Dydo

PS.O burzy wokół projektu MZO oraz reakcji prezydenta miasta czytaj w artykule: Skandal w Ratuszu.