W godzinach nocnych i w dni ustawowo wolne od pracy bielszczanie powinni się czuć dobrze. W przypadku nagłego kryzysu zdrowotnego nie mogą liczyć na wizytę lekarza w swoim domu. Ambulans pogotowia ratunkowego wyjeżdża do chorych wyłącznie w sytuacji zagrożenia życia.
 
Skontaktował się z nami Czytelnik (imię i nazwisko znane redakcji), który wykupił pakiet zdrowotny w pewnym towarzystwie ubezpieczeniowym. Co miesiąc wpłaca składkę w wysokości prawie 300 zł jako ekwiwalent za leczenie i diagnostykę w niepublicznej służbie zdrowia. Wiadomo, w jakiej sytuacji finansowej są placówki utrzymywane ze środków NFZ. Osoby lepiej zarabiające płacą więc za komfort dostępu do lekarza bez kolejki. W istocie płacą dwukrotnie za tę samą usługę.
 
 - Była noc z soboty na niedzielę - napisał Czytelnik. - Mój synek miał gorączkę, która stopniowa rosła pomimo podawania mu środków obniżających temperaturę. Gdy zbliżała się do 40 stopni, postanowiliśmy z żoną zadzwonić do call center, aby poprosić o pilny przyjazd pediatry do naszego domu. Niestety, w centrali powiedziano nam, że lekarze wyjeżdżają tylko do chorych w dużych miastach. Ubezpieczyciel nie podpisał umowy z żadnym bielskim lekarzem w sprawie wizyt domowych w nocy i w weekendy.
 
Do synka naszego Czytelnika nie wysłano także karetki z Bielskiego Pogotowia Ratunkowego. Dyspozytorka poinformowała, że ambulans rusza wyłącznie w razie zagrożenia życia. W pozostałych sytuacjach konsultant medyczny udziela choremu porady drogą telefoniczną. Dziecko przeżyło tę feralną noc, ale nietrudno zgadnąć, ile nerwów kosztowała ona jego rodziców. Aż strach pomyśleć, co stałoby się, gdyby gorączka nadal rosła. Czy ambulans dotarłby na czas?
 
Nasz portal skontaktował się w tej sprawie z szefem BPR Ryszardem Odrzywołkiem. Dyrektor wyjaśnił nam, że od paru lat jedynym zadaniem pogotowia ratunkowego jest ratownictwo medyczne. Dlatego wyłącznie wysoka temperatura nie jest przesłanką do uruchomienia zespołu wyjazdowego. Inna sprawa, gdyby gorączce w granicach 40 st.C towarzyszyły drgawki lub(i) zaburzenia świadomości. W takiej sytuacji karetka na pewno zostałaby wysłana do pacjenta.
 
Jeśli dyspozytor uzna, że nie ma zagrożenia życia, łączy pacjenta lub jego rodzinę z konsultantem medycznym, który podpowiada, jak wyjść z opresji przy pomocy środków ogólnodostępnych bądź znajdujących się akurat w domu. W tym zakresie pogotowie częściowo realizuje zadania placówki podstawowej opieki zdrowotnej. Gdy w przeszłości konstruowano zasady reformy służby zdrowia przyjęto, że taką instancją ratunkową w kryzysie powinien być dla pacjenta telefon do lekarza rodzinnego. W ostateczności doktor wsiadałby w swój prywatny samochód, aby pomóc choremu na miejscu, w jego mieszkaniu.
 
Tymczasem reforma zeszła na manowce. Przyjęta przez pogotowie metoda oceny stanu zdrowia chorego sprzyja nadużyciom ze strony pacjentów. W ich interesie jest bowiem takie podkoloryzowanie opisu symptomów chorobowych, aby dyspozytor nie miał wątpliwości, że za chwilę dojść może do najgorszego. Ambulans zostanie wysłany, a tymczasem w innym rejonie miasta ktoś rzeczywiście może znajdować się w sytuacji krytycznej i nie otrzyma pomocy.
 
W bielskich przychodniach informuje się pacjentów, że w godzinach nocnych oraz w soboty i niedziele za realizację usług medycznych oraz transport chorego odpowiada pogotowie ratunkowe. Zupełnie inny system opieki nad płatnikiem składek ubezpieczeniowych w NFZ obowiązuje na Żywiecczyźnie. Jak poinformowała nas lekarz pediatra Ewa Lasek, w poszczególnych placówkach podstawowej opieki zdrowotnej umieszczone są informacje z numerem telefonu do zespołu wyjazdowego. W godz.18-7 przez okrągły tydzień w ZOZ dyżuruje lekarz, który w nagłej sytuacji może pojechać z wizytą domową.

Żywieckie pogotowie ratunkowe – podobnie jak w Bielsku-Białej – wyrusza tylko po to, aby ratować życie.

                                                                                                          Robert Kowal