Niemiecka pajęczyna w bielskim ratuszu
Od kilku lat w niemieckich gazetach ukazują się ogłoszenia zachęcające do zdobywania prawa jazdy w Polsce. Gdy zadzwonisz na podany numer, okazuje się, że usługa adresowana jest do... przestępców, czyli osób, którym sądy zakazały prowadzenia pojazdów mechanicznych. Nitki tego kłębka prowadzą m.in. do Bielska-Białej. Aby odzyskać prawo jazdy, Niemcy rejestrują u nas fikcyjne firmy, uzyskują lipne meldunki albo podstawiają polskie narzeczone.
Niemcy zaczęli ubiegać się o nasze prawo jazdy wkrótce po tym, gdy Polska została formalnie przyjęta do Unii Europejskiej. Od roku 2005 rosła liczba obywateli niemieckich, którzy nie posiadali dotąd prawa jazdy i postanowili właśnie w Bielsku-Białej uzyskać uprawnienia do prowadzenia auta. Jeszcze więcej chętnych zgłaszało się do WORD-ów w województwach sąsiadujących z RFN.
Polak-Niemiec dwa bratanki?
To duże zainteresowanie było przez dłuższy czas źródłem satysfakcji dla urzędników i właścicieli szkół jazdy. Byli przekonani, że skoro ceny w Polsce są niższe, to szybko staniemy się konkurencyjni na otwartym właśnie dla nas międzynarodowym rynku usług. Przy okazji podkreślano, że coraz częstsze podróże Niemców do naszego kraju są rezultatem przynależności Polaków do jednej, europejskiej rodziny. Goście z Zachodu rejestrowali w bielskim ratuszu coraz więcej firm. Była więc nadzieja, że na ich przedsiębiorczości zyska całe Podbeskidzie.
Sielanka trwała do czasu, gdy z Niemiec przyszło do Bielska-Białej oficjalne zapytanie, czy miejscowy urząd wystawia prawa jazdy obywatelom RFN. Kierowcy zatrzymywani nad Łabą do kontroli drogowej coraz częściej legitymowali się bowiem dokumentami wydanymi przez polskie wydziały komunikacji. Po sprawdzeniu ich personaliów w komputerowej bazie danych okazywało się, że wyrokiem sądu zostali oni wcześniej pozbawieni prawa prowadzenia pojazdów mechanicznych i obecnie znajdują się w okresie tzw. próby.
Urzędnicy wydziału komunikacji bielskiego UM zajrzeli wówczas w papiery. Po krótkiej kwerendzie zawartości szuflad stało się jasne, że w ciągu krótkiego czasu, jaki minął od wstąpienia Polski do UE, wydali Niemcom ok. 20 praw jazdy. W tej sytuacji magistrat wszczął procedurę weryfikacji dokumentów. Polegała ona na sprawdzeniu wiarygodności informacji zawartych w kwestionariuszu, który każdy kandydat na kierowcę złożył w ratuszu.
Duże zainteresowanie egzaminami w Polsce wynika z surowych przepisów obowiązujących w RFN. Podobnie jak w naszym kraju, prowadzenie auta w stanie nietrzeźwości jest przestępstwem. Niemieckie sądy orzekają w takich przypadkach utratę prawa jazdy, przy czym odzyskanie uprawnień wymaga nie tylko złożenia powtórnego egzaminu, ale i zaliczenia testów psychologicznych.
Bywa, że kandydat na kierowcę musi przejść także badania toksykologiczne organizmu, np. wątroby. W ten sposób można stwierdzić, jak często dana osoba zagląda do kieliszka. Czynności prawne związane z odzyskaniem prawa jazdy kosztują w sumie kilka tysięcy euro, lecz nikt nie ma stuprocentowej pewności, jak zakończy się procedura. Nawet kiedy na egzaminie jest gut, kandydat często słyszy: nein.
Druga afera Rywina?
Tymczasem osoby zachęcające do ubiegania się o prawo jazdy w Polsce obiecują, że za wschodnią granicą można ominąć restrykcje przewidziane w prawie niemieckim i wydatnie skrócić okres próby. Aby znów leganie zasiąść za kierownicą, trzeba zaliczyć kurs w szkole jazdy, zdać egzamin państwowy w WORD oraz złożyć w miejscowym magistracie odpowiednie oświadczenie. Kandydat na kierowcę potwierdza w nim, że nigdy dotąd nie posiadał prawa jazdy i każdego roku przebywa co najmniej 185 dni na terenie Polski oraz że w naszym kraju zatrzymują go sprawy zawodowe lub osobiste.
Słowo „lub” ma w tej sprawie podobne znaczenie, jak identyczny spójnik, który stał się przed kilku laty źródłem tzw. afery Rywina. Zasady ubiegania się o wydanie prawa jazda w obcym kraju należącym do wspólnoty reguluje odpowiednia dyrektywa europejska. W oryginalnym brzmieniu stanowi ona o sprawach „zawodowych i osobistych”, które wiążą cudzoziemca z innym państwem UE. W polskim tłumaczeniu tego przepisu spójnik „i” zastąpiono spójnikiem „lub”, co wielu osobom pomogło w staraniach o uwiarygodnienie pobytu w naszym kraju.
Weryfikując oświadczenia złożone w bielskim magistracie, urzędnicy wydziału komunikacji trafili do Federalnego Urzędu Ruchu Drogowego (KBA) we Flensburgu. Z informacji, które stamtąd nadeszły wynikało, że wszyscy Niemcy ubiegający się w Bielsku-Białej o wydanie prawa jazdy zostali w swoim kraju pozbawieni uprawnień za jazdę w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem narkotyków, a często za ucieczkę z miejsca wypadku. W rozumieniu zarówno prawa niemieckiego, jak polskiego są więc przestępcami.
- Odkąd Polska jest członkiem UE, o nasze prawo jazdy ubiegają się obywatele nawet bardzo egzotycznych państw - tłumaczy naczelnik wydziału komunikacji UM w Bielsku-Białej Marek Stańco. - Niedawno np. zgłosili się do nas dwaj obywatele Pakistanu. Zdecydowaną większość obcokrajowców stanowią jednak Niemcy. Każdy cudzoziemiec musi zaliczyć kurs w wybranej szkole jazdy, a następnie egzaminy w WORD. Niektórzy przychodzą na nie w asyście tłumacza.
Fałszywe meldunki, lipne firmy
Kwestionariusze podpisane przez niemieckich petentów zawierały często wiele nieprawdziwych danych. Gdy pracownicy wydziału próbowali wyjaśnić wątpliwości, wzywając cudzoziemca do magistratu, poczta przysyłała informacje, że osoba ta nie jest znana pod adresem podanym w urzędzie. Bywało, że pod jednym adresem, w małym pokoiku zameldowanych było kilku obcokrajowców starających się o prawo jazdy. Podczas sprawdzania działalności gospodarczej okazywało się, że poza aktem rejestracji firmy, nie ma innych dokumentów potwierdzających funkcjonowanie tego przedsiębiorstwa, np. w ZUS.
W tej sytuacji prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie masowych oszustw dokonywanych przez obywateli obcego państwa. Problemem zainteresowały się niemieckie media. Mimo to do bielskiego UM wciąż wpływają coraz to nowe wnioski od obywateli RFN o wydanie prawa jazdy. W ich imieniu występują adwokaci, którzy protestują przeciwko rzekomej ingerencji polskich urzędników w życie osobiste swoich klientów. Jak dowiedział się nasz portal, koszt obsługi adwokackiej w podobnych sprawach wynosi 3000-3500 euro. Jest to stosunkowo niewielka kwota dla tych osób, które federalne przepisy w praktyce pozbawiają możliwości uzyskania prawa jazdy po raz drugi.
W niemieckich googlach nietrudno znaleźć kancelarię prawną wyspecjalizowaną w odzyskiwaniu praw jazdy. Niektóre nawet zaskarżają decyzje polskich urzędników o unieważnieniu dokumentów wydanych na podstawie fałszywych danych. Co ciekawe, Samorządowe Kolegium Odwoławcze przyznaje im czasem rację, uznając, że urzędowe informacje meldunkowe przesyłane z Niemiec nie są w pełni... wiarygodne.
Według naszych źródeł, niemieccy petenci wyłudzili w Bielsku-Białej ok. 100 praw jazdy. Prokuratura prowadzi postępowanie przeciwko zorganizowanej grupie przestępczej, która pomagała w oszustwach na wielką skalę.
Do tej sprawy wrócimy w najbliższym czasie.
Robert Kowal
Artykuł wyświetlono 3335 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 7
bla bla
Mamy już 25 maja 2012 roku,kiedy wróci Pan do tej sprawy ? Obiecał Pan..
betKA
zgrabny tekst,wazny problem-gratuluje Panie Redaktorze.Szkoda tylko że musi Pan pisac do półgłówków którym nie chce się nawet zajrzeć do wikipedii.Pozdrawiam
pat
Oficjalnie państwo niemieckie nosi nazwę Bundesrepublik Deutschland -BRD...
HISTORYK
RFN i NRD to nazwy z okresu, gdy istniał MUR BERLIŃSKI !!!!!!

Klauzula informacyjna ›