Wypadek przy pracy?
Piłkarze Podbeskidzia jechali do Bełchatowa po zdobycz punktową. Drużyna Pawła Janas okazała się jednak bezlitosna dla „Górali”, karcąc ich sześcioma golami. Czy po tak sromotnej porażce są powody by uciekać się do nerwowych posunięć?
Trener Robert Kasperczyk przed sezonem zapowiadał, że jego zespół nie zmieni swojego stylu gry na boiskach ekstraklasy. Ten sprawdził się w meczach Pucharu Polski, gdzie bielszczanie mierzyli się z GKS Bełchatów, Lechem Poznań i Wisłą Kraków. Kasperczyk dotrzymał słowa, bielski zespół nadal gra futbol „do przodu”, niestety zapominając przy tym o... defensywie.
Warto zaznaczyć, że w wyjściowych jedenastkach w spotkaniach z Jagiellonią Białystok i GKS Bełchatów nie znalazł się ani jeden zawodnik pozyskany latem. Ta stabilizacja, zarówno taktyczna jak i personalna, jak na razie nie wpływa pozytywnie na postawę drużyny, a szczególnie na postawę defensywy. Bielszczanie tylko w dwóch spotkaniach stracili aż osiem goli. O ile do dwóch pierwszych w meczu z Jagiellonią walnie przyczynił się Richard Zajac, to cztery gole stracone z ekipą trenera Janasa, po identycznie rozegranych kornerach, dają wiele do myślenia.
Defensywa wydawała się jedną z silniejszych, o ile nie najsilniejszą formacją „Górali” występujących w I lidze. Ekstraklasowa rzeczywistość pokazała, że bielscy obrońcy nadal zachowują się jakby mieli naprzeciw siebie napastników z niższej klasy rozgrywkowej. W meczu z bełchatowianami gracze gospodarzy mieli zdecydowanie za dużo swobodyna wysokości 16 metra. Tu należy jednak zaznaczyć, że we współczesnym futbolu tak naprawdę każdy z jedenastu biegających po murawie członków drużyny swojej bramki. Zrzucanie całej odpowiedzialności jedynie na blok defensywny nie ma więc większego sensu.
Być może remedium na solidniejszą grę obronną całej drużyny byłaby osoba Ondreja Sourka, który jest bardzo doświadczonym stoperem, w minionym sezonie grał przeciwko najlepszym snajperom słowackiej ekstraklasy. Richard Zajac, po czterech niezwykle udanych rundach w barwach Podbeskidzia, wyraźnie przechodzi lekki kryzys formy. Być może słowackiemu bramkarzowi przydałyby się dwa/trzy mecze odpoczynku od stadionowego zgiełku.
Teoretycznie nic nie można zarzucić poczynaniom ofensywnym „Górali”. Teoretycznie, bo w praktyce widoczny był brak jakości w atakach na bramkę rywala. Owszem, okazje były, lecz brakowało piłkarskiego błysku, który pozwoliłby bielszczanom w odpowiednim momencie „ukłuć” rywala. W potyczce z GKS wyraźny był brak Marka Sokołowskiego, który tydzień wcześniej ciągnął akcje ofensywne „Górali”. Wydaje się, że do roli rozgrywającego powinien powrócić Maciej Rogalski, który wystąpił w ostatnim meczu na prawej stronie linii pomocy. Być może zawodnikiem czyniącym różnicę w atakach bielszczan będzie Adrian Sikora, który dopiero co powrócił z zagranicznych wojaży.
Jednak czy po jednej sromotnej porażce (i to dopiero po drugiej kolejce sezonu) można wszczynać larmo i wyciągać daleko idące wnioski? Wydaje się, że nie. Bielszczanie otrzymali srogą lekcje pokory od średniaka ekstraklasy, nie wyciągając wniosków z poprzedniej, szczęśliwie zremisowanej potyczki z Jagiellonią. Ekipa trenera Kasperczyka płaci frycowe nowicjusza w elicie, podobnie jak ŁKS Łódź, który doznał dwóch dotkliwych porażek z Lechem Poznań 0:5 i ze Śląskiem Wrocław 0:4.
Teraz przed bielszczanami mecz z Widzewem Łódź, który dotychczas dwukrotnie zremisował 1:1 z drużynami Wisły Kraków i Górnika Zabrze. Ten mecz pokaże bielskim kibicom, czy pomiędzy I ligą, a ekstraklasą rzeczywiście jest tak duża przepaść, czy też sobotnia klęska była jedynie wypadkiem przy pracy.
pH

Klauzula informacyjna ›