Skomponował ponad 60 utworów, m. in.: operę, dwie symfonie, cztery oratoria, 11 koncertów i dziesiątki przebojów. Obecnie wraz ze String Connection wraca do swoich jazzowych korzeni. Właśnie przy okazji bielskiego koncertu udało nam się porozmawiać z nim o reaktywacji zespołu, stosunku do współczesnej muzyki oraz planach na przyszłość i sentymencie do Bielska-Białej.
                       
Rozmowa z Krzesimirem Dębskim, kompozytorem, dyrygentem i skrzypkiem
 
Czy po tylu latach grania ma Pan jeszcze tremę przed występami?
 
 - W jakimś sensie, na pewno tak. Moi koledzy pewnie tego aż tak nie odczuwają, bo cały czas występują, a ja miałem długą przerwę. Jako jazzman przez lata praktycznie nie grałem, ani nie ćwiczyłem, więc troszeczkę się obawiałem czy nie będę odstawał od reszty. Oni się cały czas rozwijali, grając w różnych nowych formacjach. Ja stałem w miejscu. Na szczęście, jakoś udało mi się szybko nadrobić zaległości.
 
                                                                      Repertuar na każdą okazję
 
Jak doszło do reaktywacji String Connection? To była Pana inicjatywa?
 
 - Zespół w zasadzie rozpadł się przeze mnie. Pochłonęły mnie inne zajęcia, muzyka filmowa, muzyka poważna, dyrygowanie, itd. Po jakimś czasie troszkę zatęskniłem do grania. Kilka razy zostałem zaproszony przez ciekawych ludzi do ciekawych projektów, głównie w USA, gdzie sporo przebywałem. Okazało się, że ciągnie mnie do jazzu. Improwizowanie w gronie zdolnych ludzi, to dla mnie ogromna przyjemność.
 
Czy obecny String Connection różni się od tego sprzed dwudziestu lat? Zmieniliście się jako muzycy?
 
 - Oczywiście, ja zupełnie spadłem z księżyca i wszystko bardzo mnie dziwi. Przede wszystkim rozwój jazzu i życia jazzowego w Polsce. Kiedyś było kilku muzyków i kilka klubów. Wszyscy się znali, wszystko kręciło się wokół życia studenckiego. Wyjazd zagraniczny był zupełną nowością, a płyta niebywałym skarbem. W tej chwili przeżywamy eksplozję tego wszystkiego, co kręci się wokół jazzu. Gramy czasami stare kompozycje z tamtych czasów, ale wydaje mi się że robimy to zupełnie inaczej. Jeden z krytyków napisał, że gramy staromodną muzykę, do której trudno powracać, ponieważ czasy się zmieniły. Wydaje mi się, że ten człowiek ma maksymalnie trzydzieści lat i nigdy wcześniej nie słyszał String Connection. Nasza muzyka nie może być przestarzała skoro Sample z naszych nagrań stają się wielkimi przebojami współczesnych raperów. Kiedy Peja czy Molesta używają naszych utworów z lat osiemdziesiątych, siłą rzeczy stajemy się częścią bardzo nowoczesnej muzyki.
 
Pamiętaliście jeszcze stare utwory czy trzeba się było uczyć od nowa?
 
 - Właściwie to nie pamiętaliśmy, bo zawsze mieliśmy olbrzymi repertuar. Starałem się, żeby nasz zespół co miesiąc grał co innego. Inny repertuar mieliśmy na festiwale, a inny na małe kluby. W każdym kraju staraliśmy się grać co innego, a graliśmy w dwudziestu pięciu krajach, więc łatwo policzyć, że tych wariantów było bardzo dużo. Inna sprawa, że nigdy specjalnie nie ćwiczyliśmy. Próby trwały zazwyczaj godzinkę lub dwie. Wystarczyło krótkie rozpoznanie utworu i już się grało.
 
                                                              Najwspanialszy instrument na świecie
 
Szykujecie jakąś nową płytę?
 
 - Nagrywanie albumów już chyba nie ma sensu, bo płyty się nie sprzedają. Tych starych utworów raczej też nie warto nagrywać na nowo. Wolimy pokazać nasze nowe oblicze. Zawsze byliśmy zespołem polistylistycznym. Do dziś niektórzy piszą, że gramy „rock jazz” czy jakiś tam „pop jazz”. To bzdura. W życiu nic takiego nie graliśmy, ale kiedyś chciano nas jakoś zaszufladkować, bo nikomu nie mieściło się w głowie, że każdy utwór można grać w innym stylu. Swego czasu nazywano nas nawet zespołem tanecznym, bo na jakimś koncercie zachciało nam się tańczyć. Idąc tym tokiem myślenia, można byłoby nas nazwać zespołem funeralnym, gdyż na innym koncercie staliśmy z grobowymi minami.
 
A więc jest dylemat, iść w nowym kierunku czy trzymać się sprawdzonego stylu?
 
 - Tak, jest problem. Tego właśnie można pozazdrościć muzykom - naturszczykom, bez wykształcenia muzycznego. Oni po prostu do maksimum eksploatują to, co umieją i nie są w stanie poza to wyjść. Mają swój styl, ponieważ wynika on z braku innych możliwości i umiejętności. Tymczasem większość z nas może zagrać w dowolnym stylu. Członkowie naszego zespołu grali na dobrą sprawę ze wszystkimi. Andrzej Olejniczak zagrał kiedyś na akordeonie w Maanamie tylko dla draki, żeby szybciej skończyli nagranie, bo mieliśmy po nich zarezerwowane studio.
 
Jest Pan artystą niezwykle wszechstronnym. Komponuje Pan, gra na skrzypcach i fortepianie, dyryguje. Co przynosi Panu najwięcej frajdy?
 
 - Chyba pisanie kompozycji, które później mogą być grane wiele razy. Takie dzieło to jest coś, co już zostaje na zawsze, o ile jest dziełem i nie trzeba się za nie wstydzić. Jazz jest bardzo sympatyczny, ale to jest improwizacja, a co za tym idzie, rzecz ulotna. Po utworach napisanych przy pomocy ołówka i gumki pozostaje ślad na zawsze. Granie w klubach jazzowych i salach koncertowych, zwłaszcza w tym składzie, jest niezmiernie miłe. Dużo większą przyjemnością jest dyrygowanie własnym utworem i orkiestrą symfoniczną, czyli największym i najwspanialszym instrumentem, jaki ludzkość wymyśliła.
 
Bywa Pan częstym gościem w Bielsku-Białej. Z samym String Connection jest Pan tutaj już drugi raz w tym roku, nie mówiąc o innych okazjach. To przypadek czy sentyment?
 
 - Przypadek pod tym względem, że Bielsko-Biała nieustannie mnie zaprasza. Byliśmy tutaj z zespołem, pisałem też muzykę do teatru lalkowego, a przede wszystkim otrzymałem niesamowicie cenny prezent od miasta, które poświęciło mnie i Mieczysławowi Karłowiczowi tegoroczny Festiwal Kompozytorów Polskich. Miałem pięć koncertów symfonicznych, trzy orkiestry grały moje utwory, wykonywano moje koncerty instrumentalne. M.in. prawykonanie III koncertu skrzypcowego, który grał Konstanty Andrzej Kulka.
 
                                                         Podobają mi się Szczyrk i Szyndzielnia
 
Miał Pan możliwość pozwiedzania naszego miasta?
 
 - Tak, oczywiście. Choćby przy okazji dyrygowania Bielską Orkiestrą Symfoniczną. Kiedy się dyryguje orkiestrą, to jest się na miejscu przynajmniej przez tydzień. Rano są próby, a popołudnia ma się wolne. Miałem więc czas, by pojeździć na nartach i pozwiedzać okolicę.
 
Ma Pan u nas jakieś ulubione miejsca?
 
 - Bardzo podobają mi się Szczyrk i Szyndzielnia. Ogólnie bardzo lubię góry. Uwielbiam również pobliski Skoczów, gdzie mam znajomych oraz, oczywiście, Wisłę. Ogólnie lubię ten specyficzny przygraniczny klimat wielokulturowości, ponieważ sam pochodzę z Kresów Wschodnich. Dzięki bliskości czeskiej granicy rejon ten jest podobny do mojego rodzinnego, więc musi być mi bliski.
 
Przewiduje Pan napisanie jakiegoś utworu specjalnie dla Bielska-Białej bądź prawykonanie w naszym mieście kompozycji poświęconej Beskidom lub temu regionowi?
 
 - Na pewno coś takiego powinno powstać. W zasadzie dwa moje utwory miały już tutaj prawykonanie przy okazji Festiwalu Kompozytorów Polskich. Myślę jednak, że byłby potrzebny impuls ze strony miasta, sugerujący zapotrzebowanie na tego typu utwór. Po prostu nie chciałbym stać się opatrzonym gościem, który zbyt często się narzuca.
 
Dziękuję za rozmowę.
 
                                                           Rozmawiał: Michał Czerniak