Rozmowa z dowódcą 18.bielskiego batalionu desantowo-szturmowego ppłk dypl. Grzegorzem Grodzkim
 
Dowodził Pan zgrupowaniem bojowym „Bravo” w piątej zmianie polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Ilu żołnierzy wziął Pan ze sobą z Bielska-Białej?
 
 - Grupa „Bravo” liczyła ponad 500 żołnierzy, w tym 400 pochodziło z 18.bbdsz. W zgrupowaniu byli także saperzy z brygady inżynieryjnej oraz jednostka wsparcia artyleryjskiego. Dzięki niej mogliśmy prowadzić skuteczny ogień na odległość do 18 km.
 
                                                                  Nasi rezydenci w Afganistanie
 
Bielscy komandosi byli też trzonem grupy bojowej na pierwszej zmianie. Dowodził nimi wtedy ppłk Adam Stręk. Wygląda więc to na stałą rezydencję żołnierzy z Bielska-Białej w Afganistanie.
 
 - Część naszych żołnierzy wyjechała też na trzecią zmianę. W sumie w 18.bbdsz służy dziś niewielu żołnierzy, którzy nie byli jeszcze w Afganistanie.
 
Tradycyjnie powierza się wam też najtrudniejsze zadania bojowe.
 
 - W polskiej strefie odpowiedzialności byliśmy jednostką najbardziej wysuniętą na południe. Stacjonowaliśmy w bazie Warrior oddalonej ok. 120 km od Ghazni. Ponadto dysponowaliśmy dwiema bazami satelitarnymi – Qarabagh i Giro. W sumie nadzorowaliśmy dziewięć dystryktów. W czterech z nich przez pół roku prowadziliśmy najbardziej intensywne działania bojowe. Naszym głównym zadaniem było zabezpieczenie płynności ruchu na głównej arterii komunikacyjnej w Afganistanie, tzw. highway nr 1 Kabul-Kandahar.
 
Z przekazów agencyjnych wynika, że w Afganistanie jest teraz znacznie niebezpieczniej niż w okresie, gdy wysyłaliśmy tam pierwszą zmianę. Czy na własnej skórze odczuliście zwiększoną aktywność bojową Talibów?
 
 - Była ona związana z wyborami prezydenckimi. Prowadząc intensywne działania, nasz przeciwnik starał się zastraszyć miejscową ludność cywilną, aby nie szła do urn wyborczych. Poza tym piąta zmiana przebywała w Afganistanie w miesiącach letnich, gdy jest tam z zasady najgoręcej także w sensie bojowym. Na zimę siły Talibów wycofują się do Pakistanu na odpoczynek.
 
O intensywności ich naporu świadczą wasze straty. Ilu Pańskich podwładnych nie wróciło do domów?
 
 - Zginęło dwóch żołnierzy zgrupowania „Bravo”. Świętej pamięci kpr. Artur Pyc z bielskiego batalionu oraz plut. Marcin Poręba z 5. pułku inżynieryjnego ze Szczecina. Strony konfliktu afgańskiego stale podwyższają swoje możliwości operacyjne. Oni doskonalą swoja taktykę oddziaływania na wojska koalicji, a my dysponujemy coraz lepszym sprzętem.
 
Słyszę opinie, że Talibowie znaleźli sposób na nasze Rosomaki. Czy duma WP, transportery opancerzone najnowszej generacji w pełni zabezpieczają żołnierzy przed zdalnie sterowanymi minami?
 
 - Nasze pododdziały dysponują w Afganistanie najlepszym sprzętem, na jaki stać obecnie polskie siły zbrojne. Żołnierze zgrupowania „Bravo” mogli dobierać sprzęt w zależności od konkretnej sytuacji bojowej. Raz korzystaliśmy z Hummerów, a kiedy indziej z amerykańskich Cougarów lub naszych Rosomaków. Było dużo wypadków związanych z zastosowaniem przez przeciwnika improwizowanych ładunków wybuchowych. To, że zginęło tylko dwóch naszych żołnierzy jest zasługą nowoczesnego sprzętu bojowego. Gdyby nie było Rosomaków, ofiar byłoby znacznie więcej.
 
                                                                             Są zabici i ranni
 
Afganistan jest powszechnie uznanym podmiotem w międzynarodowych stosunkach publicznych. Jakie akty prawne pozwalają siłom ISAF na otwarcie ognia w niepodległym państwie?
 
 - To jest cały pakiet przepisów międzynarodowych i krajowych. W każdej sytuacji zagrożenia, niezależnie od okoliczności politycznych, żołnierz zobowiązany jest do obrony życia swojego oraz kolegów. To jest uniwersalna zasada adekwatnej obrony. W kwestii użycia broni nasz batalion nie ma sobie niczego do zarzucenia. Przeciwnie. Stale spotykaliśmy się z podziękowaniami i wyrazami uznania ze strony miejscowej ludności cywilnej oraz władz lokalnych. Żołnierz nie może kwestionować decyzji podjętych przez kompetentne organa państwa. 
 
Z różnymi obrażeniami do kraju wróciło ośmiu Pańskich żołnierzy. Czy nasza służba zdrowia jest przygotowana do leczenia takich przypadków?
 
 - Ranni żołnierze oraz ich rodziny w kraju zostali otoczeni troskliwą opieką. Tą drogą chciałbym za to serdecznie podziękować zarówno panu ministrowi obrony narodowej, Dowództwu Wojsk Lądowych, jak naszym przełożonym w 6. Brygadzie Desantowo-Szturmowej w Krakowie. Z pola walki ranni bez zwłoki zostali odtransportowani do szpitala wojskowego w Ramstein. To fantastyczna placówka, w której szybko stawia się na nogi nawet osoby bardzo poszkodowane.
 
Z Niemiec przewieziono ich do Polski, a u nas ranny żołnierz jest traktowany przez NFZ jak zwyczajny pacjent. Chociaż są ciężko poszkodowani, czasem z ubytkami ciała, rannych na służbie żołnierzy WP obowiązują identyczne procedury medyczne i limity finansowe na zabiegi. Czy tak powinno być?
 
 - To są problemy wykraczające poza jednostkę, poza wojsko. Nie jestem upoważniony, aby się o nich wypowiadać.
 
Jak obecnie czują się ranni komandosi?
 
  - Dziękuję, coraz lepiej. Czterech z nich wzięło nawet udział w uroczystości powitania na placu Ratuszowym, a później zjadło z nami świąteczny obiad. Po zakończeniu rekonwalescencji, wszyscy chcieliby wrócić do służby. MON przygotowało poprawkę do ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych, która umożliwia powrót do służby nawet tym żołnierzom, którzy na skutek odniesionych obrażeń ponieśli poważny uszczerbek na zdrowiu, np. mają ograniczone zdolności ruchowe.
 
                                                                       Opatrzność nad nimi czuwała
 
Jakie uprawnienia ma zdrowy żołnierz powracający z misji stabilizacyjnej w Afganistanie? Kwarantanna, premia, urlop i wczasy w tropiku?
 
 - Wolne żarty! Żołnierz musi przejść odpowiednie badania lekarskie, m.in. po to, aby wykryć jakieś ewentualne schorzenia przywiezione z misji. Następnie jego obowiązkiem jest wykorzystanie 18-dniowego urlopu zdrowotnego. Po jego zakończeniu trzeba wrócić do służby w jednostce. Dodatkowo, osoby zainteresowane otrzymują skierowanie do sanatorium. Za niewielką odpłatnością mogą się tam wybrać z najbliższą rodziną.
 
Od czasu konfliktu wietnamskiego słyszy się o kłopotach żołnierzy wracających z wojny z aklimatyzacją do służby w warunkach pokoju. Jak bielscy komandosi rozwiązują podobne problemy?
 
 - To są problemy wynikające z długotrwałego przebywania w stresie bojowym. Podczas misji mogliśmy liczyć na pomoc specjalistów od łagodzenia tego typu napięć. W naszych bazach byli psychologowie, z którym żołnierze często rozmawiali np. po trudnych patrolach. Nawet mnie taka rozmowa była niekiedy potrzebna. Pół roku z dala od rodziny pozostawi na każdym człowieku jakiś ślad. Na szczęście, jak do tej pory nie zauważyliśmy u naszych żołnierzy żadnych niepokojących symptomów.
 
Niedawne święto batalionu rozpoczęliście od mszy w kościele garnizonowym, a następnie udaliście się na plac Ratuszowy na spotkanie z władzami Bielska-Białej. Ta kolejność była przypadkowa?
 
  - Nie. Nasza jednostka wiele zawdzięcza miastu. W Afganistanie czuwała nad nami Opatrzność. Zaraz po powrocie musieliśmy Jej za to podziękować.
 
Jakie zadania batalion będzie wykonywał w najbliższym czasie?
 
 - Czeka nas długo zapowiadane przeformowanie w jednostkę powietrzno-desantową. Otrzymamy nowe struktury i nowy sprzęt. Dzień 1 stycznia 2010 roku może się więc okazać datą przełomową w dziejach naszego batalionu.
 
Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w służbie w czasie pokoju.
 
                                                                       Rozmawiał: Robert Kowal