Płetwonurkowie znaleźli zwłoki mężczyzny, który wczoraj nad ranem zaginął na jeziorze Żywieckim. Świadek tego zdarzenia opowiedział nam dramatyczny przebieg wydarzeń. 

O tej tragedii informowaliśmy wczoraj rano w artykule "Utonął po kieluszku?". Przypomnijmy, policjanci zostali powiadomieni, że ok. godz. 4.30 w Zarzeczu, w odległości ok. 30 metrów od brzegu wywróciła się łódka z sześcioma osobami. Jak ustalili stróże prawa, osoby te spędzały noc w namiocie nad brzegiem jeziora.

 - Pięciu osobom udało się dotrzeć do brzegu i powiadomić służby ratownicze o zdarzeniu. Policjanci i strażacy niezwłocznie rozpoczęli poszukiwania zaginionego mężczyzny - wyjaśnia Paweł Roczyna z żywieckiej komendy policji. - Wszystkie osoby, które dotarły do brzegu znajdowały się pod wpływem alkoholu.

Po niemal dziewięciu godzinach poszukiwań (ok. godz. 14), wyłowiono zwłoki 27-latka, który wypadł z łódki. Ciało odnaleźli płetwonurkowie ze straży pożarnej. W poszukiwaniach brali udział policjanci, strażacy oraz ratownicy WOPR. Szczegółowe okoliczności tragedii bada policja w Żywcu.

Świadkiem tego tragicznego zdarzenia była bielszczanka będąca z mężem na rybach. - W nocy nawet trochę razem bawiliśmy się przy ognisku - mówi ze smutkiem pani Kasia (imię zmienione), przyznając, że była to zabawa alkoholowa. Opowiada, jak chwilę po godz. 4 grupa czterech mężczyzn i dwóch kobiet zadecydowała, że wypłyną na jezioro. W tym celu zabrali przypadkową łódkę.

 - Nagle łódź zaczęła nabierać wody. Zdecydowali więc, że wyskakują z niej. Część nawet zdążyła pościągać buty, żeby nie ciążyły im w wodzie - opowiada nasz świadek. - Nagle wszyscy znaleźli się w wodzie, trzymając się nabierającej wody łódki. Postanowiliśmy, że popłyniemy po nich, ale wtedy oni zaczęli płynąć do brzegu. I nagle jeden chłopak zaczął tonąć. Znajdująca się najbliżej dziewczyna próbowała go ratować, ale miała za mało siły i mężczyzna wyślizgnął się jej z rąk. 

Pani Kasia ze smutkiem opowiada, że chłopak, który utonął najmniej pił z całej grupy, bo miał tego samego dnia wracać samochodem do domu. Rozstrzęsionym głosem dodaje, że po przyjeździe na miejsce policji, nikt ich nie przesłuchał.

mad