Tegoroczna edycja największego wyścigu kolarskiego w Polsce ponownie ominie ulice Bielska-Białej. Skąd ta niechęć Ratusza do Tour de Pologne? Dlaczego bielski samorząd nie korzysta ze sprawdzonych instrumentów promocji miasta w kraju i za granicą?
 
Aby w danym mieście kończyły się zmagania kolarzy, urząd miejski zobligowany jest wyłożyć na stół niemałą kwotę - mówi się o sumach rzędu 300-400 tys. zł. Nieco mniej trzeba zapłacić w przypadku organizacji lotnego finiszu. W tym przypadku sumy są zdecydowanie mniejsze i wahają się w granicy 100 tys. zł. Ale to nie wszystko. W gestii włodarzy miasta pozostaje także: pokrycie kosztów zabezpieczenia trasy przejazdu kolarzy i kolumny reklamowej, nadzór nad bezpieczeństwem publiczności czy zlokalizowanie i pomoc logistyczna przy tzw. miasteczku wyścigu.
 
Korzyści płynące z takiej formy reklamy są jednak całkiem spore. Transmisjami z wyścigu Tour de Pologne od lat zajmują się Telewizja Polska oraz stacja Eurosport, a przekaz telewizyjny dociera do blisko ćwierć miliarda ludzi na całym świecie. Oprócz tego, nazwa miejscowości prezentowana jest na folderach promujących wyścig, banerach reklamowych oraz w serwisach informacyjnych największych stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych, a także na łamach portali internetowych.
 
Dlaczego więc na ten marketingowy ruch po raz kolejny nie zdecydował się bielski ratusz? - Organizator Tour de Pologne, firma LangTeam, rzeczywiście zaproponował miastu współudział w organizacji jednego z etapów tegorocznej imprezy. Propozycja ta wpłynęła jednak do ratusza w momencie, gdy mieliśmy już przygotowany kalendarz imprez sportowych na ten rok i rozdysponowane środki na te cele - informuje Tomasz Ficoń, rzecznik bielskiego magistratu.

Bartłomiej Kawalec

Obszerny artykuł na ten temat czytaj na Sportowych Beskidach.