Nie bez racji przewidywaliśmy, że nowo urządzony skwerek przy ulicy 11 Listopada w Bielsku-Białej stanie się jedną z większych atrakcji turystycznych miasta. A to głównie dzięki figurce sympatycznego Reksia - bohatera dziecięcych kreskówek - zdobiącej od kilku tygodni ten niewielki placyk. Okazuje się jednak, iż to miłe dla oka i wymarzone na krótki odpoczynek miejsce przypadło do gustu nie tylko dzieciom i turystom, lecz także miejskim menelom, którzy bardzo chętnie przesiadują na ustawionych tam wygodnych ławeczkach i... gorszą ludzi!

 - To było w sobotę, dzień był pogodny i ciepły. Na skwerze gromadziły się tłumy, głównie rodzice z dziećmi. Wszyscy chcieli zobaczyć i sfotografować się z Reksiem, ale oprócz niego mogli jednak zobaczyć coś jeszcze. Coś wyjątkowo bulwersującego, żeby nie powiedzieć gorszącego - wspomina bielszczanka (dane do wiadomości redakcji). Wyjaśnia, że na jednej z ławeczek, tuż obok figurki Reksia, przez kilka godzin spał sobie jak gdyby nigdy nic pewien wyglądający dość odrażająco i cuchnący okrutnie jegomość. Co więcej, nic sobie nie robił z tego, że zsunęły mu się nieco obwisłe spodnie i ci, którzy przyszli tego dnia zobaczyć sympatycznego pieska, musieli także patrzeć na mało estetyczne… cztery litery pijanego menela. Nikt jednak z osób odpowiedzialnych za porządek i ład na miejskich ulicach nie interesował się tym, co działo się na skwerze. - Kilka osób zadzwoniło nawet do straży miejskiej, jednak bardzo długo trwało zanim wreszcie na placu pojawił się patrol - tłumaczy kobieta.

Nie kryje przy tym, iż nawet wtedy sprawa nie została od razu załatwiona. - Strażniczka, która przyjechała na interwencję, bez ogródek przyznała, że specjalnie nie wie, co ma zrobić z tym człowiekiem - dodaje oburzona kobieta. Zwraca uwagę, że podobne - ale może nie aż tak drastyczne - sytuacje zdarzają się w tym miejscu bardzo często. A wie o czym mówi, ponieważ pracuje w jego pobliżu. Podobne obrazki widzi się nie tylko tam, lecz w całym mieście, a zwłaszcza w obrębie centrum, gdzie co rusz natknąć się można na niezbyt eleganckich, śmierdzących, a często także pijanych osobników, którzy swoim zachowaniem i wyglądem budzą wstręt czy wręcz strach wśród przechodniów. Co na to straż miejska?

Andrzej Grzegorzek szef bielskich strażników nie ukrywa, że osobnicy tacy stanowią pewien problem dla służb porządkowych. A to dlatego, że nie zawsze strażnicy (czy policjanci) mogą zareagować w takich sytuacjach w taki sposób, w jaki życzyliby sobie tego szukający pomocy u funkcjonariuszy mieszkańcy miasta. - Czyjś wygląd, zapach, czy to, że śpi na ławce w środku miasta nie jest podstawą do wszczęcia przeciwko niemu kroków prawnych. Nie są to bowiem wystarczające przesłanki do tego, żeby funkcjonariusze mogli podjąć interwencję - wyjaśnia Andrzej Grzegorzek. Dodaje, że aby tak się stało, osoba ta musi być nietrzeźwa, a jej zachowanie musi zagrażać czyjemuś zdrowiu lub życiu, albo jest to zachowanie gorszące. W takich przypadkach - wynikało z jego wyjaśnień - strażnicy interweniują i bądź to zawożą taką osobę do izby wytrzeźwień, bądź też wzywają na miejsce pogotowie, jeśli uznają, że konieczna jest interwencja lekarza.

 - Zdarza się też, że sami wieziemy takiego „pacjenta” do szpitala - tłumaczy Andrzej Grzegorzek. Przyznaje przy tym, iż faktycznie prawie każda interwencja, podczas której przewozi się radiowozem taką „zaniedbaną” osobę, stanowi dla strażników pewien kłopot, ponieważ potem samochód trzeba gruntownie odkażać specjalnymi środkami dezynfekującymi.

Komendant zaznaczył przy tym, iż nie dość, że na pewien czas taki samochód wyłączony jest z użytku, to jeszcze - choć myją go sami strażnicy - jest to dość kosztowna operacja. Nie da się jednak tego nie zrobić, gdyż w wozie oprócz pcheł, wszy czy brudu znaleźć się mogą wszelkiej maści zarazki, z którymi później może mieć kontakt inna przewożona w radiowozie osoba.

Nie oznacza to jednak - podkreślił komendant Grzegorzek - że strażnicy uchylają się od tego typu interwencji. Również zdarzenie, które opisała bielszczanka, zakończyło się odtransportowaniem „śpiocha” do izby wytrzeźwień. Nie dość bowiem, iż był on pijany - tłumaczył nam komendant Grzegorzek - to jeszcze jego wygląd faktycznie mógł budzić zgorszenie wśród przechodniów. Czemu jednak strażnicy dali mu pospać kilka godzin, jak twierdzi bielszczanka?

 - Zaraz po tym jak ktoś do nas zadzwonił, na miejsce pojechał patrol - mówi Andrzej Grzegorzek. Wyjaśnia, iż wcześniej po prostu strażnicy nic nie wiedzieli o śpiącym na ławce golasie. Trochę to może dziwić, ponieważ plac ten - podobnie zresztą jak prawie całe centrum miasta - bacznie śledzą dzień i noc kamery miejskiego systemu monitorującego. Czyżby kamera skierowana na Reksia nie zauważyła przez kilka godzin obnażonego tyłka? Z wyjaśnień komendanta wynikało, że kamera na pewno zarejestrowała ten obraz, bo przed jej czujnym okiem nic się nie ukryje.

Gorzej z właściwą oceną tego obrazu. Po prostu to, co widziała kamera mogło umknąć uwadze dyżurnego straży miejskiej. Nie ma się jednak czemu dziwić, skoro tylko jedna osoba obserwuje w monitorach obraz rejestrowany na żywo przez ustawione na terenie miasta 32 kamery.

                                                                                                         MARCIN PŁUŻEK