Dziki handel uliczny to od lat zmora polskich miast i miasteczek. Problem nie ominął Podbeskidzia, gdzie również kwitnie w najlepsze nielegalny handel wszelkiego rodzaju dobrami - od butów i tekstyliów poczynając, a na przyborach szkolnych kończąc - oferowanymi przez szemranych sprzedawców wprost ze skleconych z dykty i kartonowych pudeł  prowizorycznych straganów. Problem w tym, że dzieje się to bez zgody i wiedzy władz miejskich, a co gorsza zazwyczaj także bez wymaganych zezwoleń na prowadzenie działalności handlowej.

Dzicy handlowcy stanowią konkurencję dla legalnego handlu. Mogą sprzedawać swój towar znacznie taniej niż koncesjonowani sprzedawcy dlatego, że nie ponoszą kosztów związanych z prowadzeniem legalnych sklepów i straganów, nie mówiąc już o tym, że nie płacą podatków. Poza tym stragany rozkładane są w najbardziej atrakcyjnych do prowadzenia handlu ulicznego miejscach. To znaczy tam, gdzie przechodniów jest najwięcej i najłatwiej złapać klientów.

W Bielsku-Białej uliczne stragany spotkać można na przykład w samym centrum miasta na ulicy 11 Listopada, obok mostu na Białej. To, że sprzedawcy ci działają bezkarnie, świadczy o słabości państwa niechroniącego interesów tych, którzy podatki na jego rzecz płacą, a swoje handlowe interesy prowadzą legalnie. Z pozoru sprawa wygląda w miarę dobrze. Nielegalny uliczny handel jest ścigany prawem, a kara za ten proceder może wynieść nawet 5 tysięcy złotych. Tyle bowiem wynosi maksymalna grzywna przewidziana w kodeksie wykroczeń za tego typu nielegalną działalność.

W czym więc problem? Otóż maksymalne kary za to wykroczenie są przez sądy ferowane  wyjątkowo oszczędnie. Swoją drogą sprawy takie trafiają przed oblicze Temidy bardzo rzadko, bo tylko w sytuacji, gdy sprzedawca odmawia przyjęcia mandatu. Sprzedawcy przyjmują je jednak zazwyczaj chętnie, godząc się tym samym na kilkusetzłotową karę. A to z tej prostej przyczyny, że z góry zakładają, iż mandatu nie zapłacą. Rekordziści w Bielsku-Białej - wynika z danych bielskich strażników miejskich - mają na swoim koncie nawet po kilkanaście niezapłaconych mandatów kredytowych. Proceder jest bowiem tak przemyślnie skonstruowany, że właściciele „stoisk” do sprzedaży towaru wynajmują dobrze „wyselekcjonowane” osoby.

 - Są to zazwyczaj ludzie młodociani, bezrobotni, a nawet osoby - przyznaje  Edward Orliński, zastępca komendanta straży miejskiej w Bielsku-Białej - ubezwłasnowolnione, nie w pełni odpowiedzialne za swoje postępowanie. Czerpiącym zyski z nielegalnego handlu chodzi o to, aby „zatrudnieni” przez nich sprzedawcy nie mieli żadnego majątku czy udokumentowanych dochodów. Nie ma więc możliwości ściągnięcia od nich jakichkolwiek należności. - Wielu z nich z uśmiechem na ustach przyjmuje więc kolejny nakładany na nich mandat - tłumaczy Edward  Orliński. Natomiast ich „pracodawcy” zazwyczaj pozostają anonimowi.

Od kilku lat wiele mówiło się o tym, że tę patologiczną sytuację trzeba uzdrowić. Mówiło, lecz nic nie robiło. Jest jednak szansa, iż wreszcie będzie inaczej. Gotowa jest już nowelizacja kodeksu wykroczeń w tym zakresie. Zakłada ona, że teraz maksymalna kara za to wykroczenie będzie wynosić nie 5, a 15 tysięcy złotych. To jednak nie jest najistotniejsze. Ważniejsze, że ustawodawca przewidział możliwość konfiskaty nielegalnie oferowanego do sprzedaży towaru na poczet przyszłej kary finansowej. Przy czym konfiskata będzie możliwa nawet w sytuacji, gdy właściciela towaru nie będzie w miejscu, gdzie popełniane jest wykroczenie.

Projekt nowelizacji ma trafić do sejmu już we wrześniu. Kiedy stanie się obowiązującym prawem? Trudno przewidzieć. - W każdym razie, jeśli tak już się stanie, to - przyznał Edward Orliński - będzie to skuteczny oręż w walce z nielegalnym handlem ulicznym. Chociaż do  rozwiązania pozostanie jeszcze wiele kwestii logistycznych, związanych chociażby z tym, gdzie składować zarekwirowany towar, jak go potem sprzedawać czy niszczyć.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że nielegalny handel uliczny cieszy się wielkim zainteresowaniem klientów. Tłumy kupujących gromadzą się przy ulicznych straganach. Nie ma jednak czemu się dziwić, skoro podobny ręcznik czy tenisówki można tam kupić  o połowę taniej niż w sklepie. Nabywcom nie przeszkadza nawet marna jakość oferowanych na ulicach towarów oraz to, że w razie reklamacji klient nie ma raczej żadnych szans, aby skorzystać ze swoich konsumenckich praw i przywilejów. (map)