Latający doktor w potrzebie
Należy do tych nielicznych osób, które dla swojej pasji potrafią poświęcić wszystko. Ale nie jest to kolekcjonowanie znaczków pocztowych z Madagaskaru, enerdowskich monet czy nawet biletów kolejowych z Jamajki. Kawa od dziecka kocha żywioły. Zaczął od wodniactwa, a w wieku 16 lat ujarzmił powietrze. Dlatego warto mu pomagać lub przynajmniej – nie przeszkadzać.
Z zawodu jest lekarzem – ginekologiem. Żartuje, że odkąd ukończył Śląską Akademię Medyczną pomógł przyjść na świat ponad tysiącu dzieciom. Pamięta go wiele pacjentek bielskiego Szpitala Ogólnego przy ul. Wyspiańskiego. Przez kilka lat starał się godzić swoją pasję do latania z medycyną. Niestety, człowiek, który chce dziś robić coś naprawdę dobrze, musi temu czemuś poświęcić się całkowicie. W przypadku Sebastiana Kawy przegrała medycyna. Na razie.
Specyfika zawodu lekarza w naszym kraju polega na tym, że aby utrzymać rodzinę na niezłym poziomie materialnym, trzeba „latać” z jednego do kolejnego miejsca pracy. Jeden etat nie wystarcza. Kawa takim lekarzem nie jest. Nie jest także podobny do medyków, których przed kilkoma laty pokazywano w australijskim serialu telewizyjnym. Przyznaje, że z ratownictwem medycznym nie ma wiele wspólnego. Po prostu parę razy udzielił pomocy medycznej osobom na lotnisku. Sebastian Kawa jest jedynym w swoim rodzaju latającym doktorem, który na dwa lata zawiesił kitel na kołku, aby latać wyczynowo na najwyższym światowym poziomie.
- Przygodę ze sportem rozpocząłem jako mały chłopiec w żaglówce na jeziorze Międzybrodzkim – wspomina Sebastian. – Najpierw pływałem w klasie Optymist, później – Kadet, a na koniec w „420”. W pewnej chwili klub nie mógł dla mnie znaleźć odpowiedniej łodzi, a następnie po prostu się rozpadł. Miałem wtedy 16 lat, akurat tyle, ile trzeba, aby rozpocząć szkolenie szybowcowe w aeroklubie. Decyzja była tym łatwiejsza, że mój ojciec jest pilotem szybowcowym i samolotowym. Tato bardzo wiele mnie nauczył.
Dziś bielski szybownik znalazł się w sytuacji podobnej do Adama Małysza. Jest klasą dla siebie i na krajowym rynku lotniczym trudno o profesora, który mógłby być dla niego przykładem i lotniczym cicerone. Podobnie jak najlepsi rywale za granicą, cały czas samodzielnie podwyższa swoje kwalifikacje. Spotykając się na zawodach w tym samym gronie, piloci uczą się jeden od drugiego. W ich zawodzie najpierw trzeba nauczyć się sprawnie manewrować szybowcem. Później przychodzi czas na doskonalenie taktyki oraz wykorzystywania zjawisk meteorologicznych do latania. Na koniec trzeba nauczyć się trzymać nerwy na wodzy. Odporność psychiczna jest niezbędna szczególnie podczas zawodów dużej rangi.
W latach 2003-2008 Kawa wygrał wszystkie najważniejsze zawody szybowcowe na świecie. W tym okresie był pięć razy mistrzem świata oraz dwukrotnie mistrzem Europy. Jest rekordzistą świata i liderem światowej listy rankingowej pilotów szybowcowych. W br. zdobył złoty medal na 3. Światowych Igrzyskach Sportów Lotniczych w Turynie.
- Nie czuję się gwiazdorem w stylu Adama Małysza. Szybownictwo jest znacznie mniej popularnym sportem niż skoki narciarskie. Wiem jednak, że przekazy telewizyjne z naszych zawodów mogą być atrakcyjne dla widzów. Przekonałem się o tym m.in. na Nowej Zelandii. W transmisji z zawodów wykorzystywano obraz uzyskiwany z kamery umieszczonej w kokpicie szybowca.
Sebastian Kawa w zasadzie nie uczestniczy w szybowcowych mistrzostwach Polski. Są one rozgrywane w Lesznie na terenach płaskich. Doktor twierdzi, że udział w krajowych czempionatach jest dla niego stratą czasu. Bo niewiele mógłby się na nich nauczyć. Znacznie lepszą lekcją są wizyty w miejscach, w których w najbliższej przyszłości zaplanowano przeprowadzenie zawodów międzynarodowych. Taki rekonesans ułatwia później uzyskiwanie sukcesów.
- Na miejsce trzeba pojechać rok wcześniej – podkreśla Kawa - aby poznać teren w promieniu ok. 200 km od lotniska. Jeśli wyjazd jest oficjalny, to płaci za niego Ministerstwo Sportu. Szybownicy, którzy chcą liczyć się w branży, muszą jednak wyjeżdżać znacznie częściej. Odbywa się to w oparciu o sponsorig prywatny.
Tymczasem bielski pilot jest biedny, jak mysz kościelna. Nieśmiało przyznaje, że w zasadzie utrzymuje go... żona. Organizatorzy zawodów nie wypłacają wygranych w formie pieniężnej. W tej sytuacji można liczyć co najwyżej na nagrodę finansową od władz polskiego sportu z tytułu osiągniętego sukcesu. Na skutek ostatnich niepowodzeń na zawodach Kawa nie otrzymuje obecnie krajowego stypendium sportowego. Jedynym jego stałym dochodem jest kwota 800 zł wypłacana co miesiąc w ramach stypendium przez prezydenta Bielska-Białej.
Inną sprawą, która odróżnia polskiego mistrza od jego zagranicznych rywali jest brak indywidualnego sprzętu latającego. Kawa nie ma bowiem własnego szybowca. Aeroklub Bielsko-Bialski w ogóle nie posiada maszyn wykorzystywanych w zawodach szybowcowych najwyższej rangi. W kadrze narodowej natomiast nie ma odpowiedniej ilości tego rodzaju szybowców. Najlepsze egzemplarze przydzielane są według mało czytelnych zasad. Bywa więc, że stanowi to źródło niesnasek w kadrze narodowej.
Sebastian przekonuje, że ma powoli dość tych przepychanek o pieniądze. Twierdzi, że kolejny jego sezon w powietrzu nie będzie już taki intensywny, jak obecny. Doktor chce wrócić do szpitala i ma nadzieję, że trafi na wyrozumiałego ordynatora. Bielskiej służbie zdrowia przybędzie wtedy jeden lekarz, a polskiemu lotnictwu ubędzie wielokrotny mistrz świata. Stać nas na taką zamianę?
Robert Kowal
Tutaj można zobaczyć jak wygląda świat z perspektywy Sebastiana Kawy:
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-99.html
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-131.html
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-123.html
Z zawodu jest lekarzem – ginekologiem. Żartuje, że odkąd ukończył Śląską Akademię Medyczną pomógł przyjść na świat ponad tysiącu dzieciom. Pamięta go wiele pacjentek bielskiego Szpitala Ogólnego przy ul. Wyspiańskiego. Przez kilka lat starał się godzić swoją pasję do latania z medycyną. Niestety, człowiek, który chce dziś robić coś naprawdę dobrze, musi temu czemuś poświęcić się całkowicie. W przypadku Sebastiana Kawy przegrała medycyna. Na razie.
Specyfika zawodu lekarza w naszym kraju polega na tym, że aby utrzymać rodzinę na niezłym poziomie materialnym, trzeba „latać” z jednego do kolejnego miejsca pracy. Jeden etat nie wystarcza. Kawa takim lekarzem nie jest. Nie jest także podobny do medyków, których przed kilkoma laty pokazywano w australijskim serialu telewizyjnym. Przyznaje, że z ratownictwem medycznym nie ma wiele wspólnego. Po prostu parę razy udzielił pomocy medycznej osobom na lotnisku. Sebastian Kawa jest jedynym w swoim rodzaju latającym doktorem, który na dwa lata zawiesił kitel na kołku, aby latać wyczynowo na najwyższym światowym poziomie.
- Przygodę ze sportem rozpocząłem jako mały chłopiec w żaglówce na jeziorze Międzybrodzkim – wspomina Sebastian. – Najpierw pływałem w klasie Optymist, później – Kadet, a na koniec w „420”. W pewnej chwili klub nie mógł dla mnie znaleźć odpowiedniej łodzi, a następnie po prostu się rozpadł. Miałem wtedy 16 lat, akurat tyle, ile trzeba, aby rozpocząć szkolenie szybowcowe w aeroklubie. Decyzja była tym łatwiejsza, że mój ojciec jest pilotem szybowcowym i samolotowym. Tato bardzo wiele mnie nauczył.
Dziś bielski szybownik znalazł się w sytuacji podobnej do Adama Małysza. Jest klasą dla siebie i na krajowym rynku lotniczym trudno o profesora, który mógłby być dla niego przykładem i lotniczym cicerone. Podobnie jak najlepsi rywale za granicą, cały czas samodzielnie podwyższa swoje kwalifikacje. Spotykając się na zawodach w tym samym gronie, piloci uczą się jeden od drugiego. W ich zawodzie najpierw trzeba nauczyć się sprawnie manewrować szybowcem. Później przychodzi czas na doskonalenie taktyki oraz wykorzystywania zjawisk meteorologicznych do latania. Na koniec trzeba nauczyć się trzymać nerwy na wodzy. Odporność psychiczna jest niezbędna szczególnie podczas zawodów dużej rangi.
W latach 2003-2008 Kawa wygrał wszystkie najważniejsze zawody szybowcowe na świecie. W tym okresie był pięć razy mistrzem świata oraz dwukrotnie mistrzem Europy. Jest rekordzistą świata i liderem światowej listy rankingowej pilotów szybowcowych. W br. zdobył złoty medal na 3. Światowych Igrzyskach Sportów Lotniczych w Turynie.
- Nie czuję się gwiazdorem w stylu Adama Małysza. Szybownictwo jest znacznie mniej popularnym sportem niż skoki narciarskie. Wiem jednak, że przekazy telewizyjne z naszych zawodów mogą być atrakcyjne dla widzów. Przekonałem się o tym m.in. na Nowej Zelandii. W transmisji z zawodów wykorzystywano obraz uzyskiwany z kamery umieszczonej w kokpicie szybowca.
Sebastian Kawa w zasadzie nie uczestniczy w szybowcowych mistrzostwach Polski. Są one rozgrywane w Lesznie na terenach płaskich. Doktor twierdzi, że udział w krajowych czempionatach jest dla niego stratą czasu. Bo niewiele mógłby się na nich nauczyć. Znacznie lepszą lekcją są wizyty w miejscach, w których w najbliższej przyszłości zaplanowano przeprowadzenie zawodów międzynarodowych. Taki rekonesans ułatwia później uzyskiwanie sukcesów.
- Na miejsce trzeba pojechać rok wcześniej – podkreśla Kawa - aby poznać teren w promieniu ok. 200 km od lotniska. Jeśli wyjazd jest oficjalny, to płaci za niego Ministerstwo Sportu. Szybownicy, którzy chcą liczyć się w branży, muszą jednak wyjeżdżać znacznie częściej. Odbywa się to w oparciu o sponsorig prywatny.
Tymczasem bielski pilot jest biedny, jak mysz kościelna. Nieśmiało przyznaje, że w zasadzie utrzymuje go... żona. Organizatorzy zawodów nie wypłacają wygranych w formie pieniężnej. W tej sytuacji można liczyć co najwyżej na nagrodę finansową od władz polskiego sportu z tytułu osiągniętego sukcesu. Na skutek ostatnich niepowodzeń na zawodach Kawa nie otrzymuje obecnie krajowego stypendium sportowego. Jedynym jego stałym dochodem jest kwota 800 zł wypłacana co miesiąc w ramach stypendium przez prezydenta Bielska-Białej.
Inną sprawą, która odróżnia polskiego mistrza od jego zagranicznych rywali jest brak indywidualnego sprzętu latającego. Kawa nie ma bowiem własnego szybowca. Aeroklub Bielsko-Bialski w ogóle nie posiada maszyn wykorzystywanych w zawodach szybowcowych najwyższej rangi. W kadrze narodowej natomiast nie ma odpowiedniej ilości tego rodzaju szybowców. Najlepsze egzemplarze przydzielane są według mało czytelnych zasad. Bywa więc, że stanowi to źródło niesnasek w kadrze narodowej.
Sebastian przekonuje, że ma powoli dość tych przepychanek o pieniądze. Twierdzi, że kolejny jego sezon w powietrzu nie będzie już taki intensywny, jak obecny. Doktor chce wrócić do szpitala i ma nadzieję, że trafi na wyrozumiałego ordynatora. Bielskiej służbie zdrowia przybędzie wtedy jeden lekarz, a polskiemu lotnictwu ubędzie wielokrotny mistrz świata. Stać nas na taką zamianę?
Robert Kowal
Tutaj można zobaczyć jak wygląda świat z perspektywy Sebastiana Kawy:
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-99.html
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-131.html
http://www.flyingtv.pl/film,lotnictwo62,filmy-0,ile-10,samolot-123.html
Artykuł wyświetlono 6189 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 9
rowerzysta4
Nie zapomnijcie Moi Drodzy, że Pan Sebastian od dziecka wychowywał się wśród szybowców i szybowników - to zapewne ułatwiło mu nieco start. Nie umniejsza to jednak jego szybowcowych osiągnięć.Co do lekarskich dokonań Pana Sebastiana sądzę, że zasady odpowiedzialności wyniesione z uprawiania tak precyzyjnego sportu stosuje w swojej praktyce lekarskiej.
A swoją drogą chciałbym sie przelecieć szybowcem z Panem Sebastianem. Mając teraz 63 lata wracam do szybownictwa, przerwanego w latach 60-tych przez GOBL.
Pozdrawiam.
Krowa
Ciekaw jestem, czy zdarzyło mu się odebrać poród w powietrzu???Jeżeli tak, no to jest autentyczny latający lekarz
kościpka
A tak nawiasem, nie ujmując nic panu Sebastianowi. Powiedzcie mi ludzie jak można pomagać chorym ludziom poświęcając jednemu pacjentowi 5 min (słownie, pięć minut) Tak jest w przypadku wielu lekarzy którzy mają po kilka etatów. O co w tym wszystkim chodzi? Mnie się wydaje że tylko i wyłącznie o naciągnięcie NFZ-tu na kasę bo z pomaganiem chorym nie ma to nic wspólnego. Jak się ma do tego przysięga Hipokratesa? To jest bardziej chore niż sam pacjent. Kto to dziadostwo uleczy? Czy kierowca autobusu może podjąć kilka etatów. Czy górnik ma dość siły na to aby po cężkiej szychcie zapieprzać na fuhcę? I co na to prawo? Czy tym pseudo lekarzom naprawdę aż tak źle się powodzi? Jest jeszcze wiele pytań ale nie mam czasu bo muszę z żoną do lekarza...
Kaz
A ja proponuje panu Kawie napisanie poradnika dla szybowników w dwóch wersjach, z ładnymi zdjęciami (na prezent dla lubiących skrzydła) i drugi też dla nich ale bez zdjęć jako podręcznik nauki (sami sobie kupią :) ). Pan zarobi a i inni skorzystają z pańskiej wiedzy. Wersja kolorowa będzie się nadawała do popularyzowania sportu, będzię się na nią dało naciągnąć sponsorów itd. Wiem że to nie zaspokoi wszystkich wydatków ale na pewno na jakiś czas pomoże.
kościpka
Oj, małości ludzka. Piękny sport, raz udało mi się polecieć z pilotem właśnie szybowcem (dwuosobowym) co za przeżycie do dziś to wspominam. A wy o jakichś "eatach" nic tylko pozazdrościć panu Sebastianowi...
Kazek
no pewnie nie mało ma na miesiąc ale jak to lekarz narzekać musi żeby mógł strajkować. Jako sportowiec super.
kibic sportów różnych
Wszystkiego dobrego Panie Sebastianie. Jest Pan Wielkim Sportowcem.
reni
niestety Kazek a tak w ogóle to jestem ciekawa ile taki lekarz ma pensji za jeden etat?
Ale sukcesów w szybownictwie nie pomniejszam Panu Sebastianowi na pewno nie jest łatwo się wybić w tej dziedzinie
Gratuluję i mam nadzieję ze znajdzie Pan sponsora który pozwoli Panu pogodzić medycynę z szybownictwem
Kazek
jeden etat lekarzowi nie wystarcza - hmmmmm dziwne to ale może to pazerność?

Klauzula informacyjna ›