Rozmowa z bohaterami Sierpnia ’80 – Joanną i Andrzejem Gwiazdami
 
Czy dzień 4 czerwca jest Państwa osobistym świętem?
 
Andrzej Gwiazda: - Nie. To święto wyłącznie dla tych, którzy zdradzili ideały Sierpnia w porozumieniu z naszymi wspólnymi wrogami, z komuną.
 
Ale mówi się przecież, że Polska wygrała dzięki temu porozumieniu miedzy podziałami.
 
A.G.: - Mówić można wszystko, lecz trudno to uzasadnić. W czerwcu 1989r. wzywaliśmy do bojkotu wyborów. To nie było demokratyczne głosowanie. Jego wynik znany był na pół roku wcześniej zanim kartki wrzucono do urn.
 
A zatem 4 czerwca, to dzień hańby narodowej?
 
A.G: - Może nie hańby, ale nie mamy się czym chwalić. Władze PRL podpisały porozumienie z Wałęsą na rozkaz z Moskwy. Obie strony były w trudnej sytuacji. Przegrywała ta, która pierwsza poprosi o porozumienie.
 
Jaka zatem była wtedy alternatywa? Jeśli nie wybory kontraktowe, to co w zamian?
 
A.G.: - Komuniści zaproponowali wybory, bo grunt palił im się pod nogami. Dążyli do tego, by ktoś wziął współodpowiedzialność za kryzys gospodarczy państwa. Gdyby „Solidarność” nie zgodziła się wtedy na tę propozycję, to Jaruzelski sam rozpisałby wybory. Poparlibyśmy je, gdyby ogłosił demokratyczną ordynację wyborczą.
 
J.G.: - W żadnym innym państwie bloku wschodniego nie było wtedy takiej protezy wyborów, jak w Polsce. Jeśli się decydowano na wybory, to od razu na głosowanie w pełni demokratyczne.
 
W Rumunii też?
 
A.G.: - Tak! Wygrał je komunista Ion Iliescu, namiestnik KGB.
 
                                                                    To nie jest prywatna wojna
 
Co Państwo robili w tym czasie, gdy inni świętowali w Gdańsku i Krakowie?
 
A. G.: - Mieliśmy spotkanie autorskie, na którym opowiadaliśmy o nowej książce oraz naszych poglądach politycznych. Mówiliśmy krytycznie o tych, którzy świętowali na Wawelu.
 
Joanna Gwiazda: - Nie rozumiem dlaczego niektórzy uważają wybory czerwcowe za sukces. Przecież Gorbaczow już w roku 1986 ogłosił pierestrojkę i głastnost. Tym samym anulował doktrynę Breżniewa, co oznacza, że żadna interwencja sowiecka nam wówczas nie groziła. Gdyby wtedy Jaruzelski ogłosił wolne wybory możnaby uznać, że zaczęliśmy w Polsce transformować ustrój zgodnie z wolą społeczeństwa. Stan wojenny i Okrągły Stół, który kończył ten okres, służyły odsunięciu społeczeństwa od głosu. Świętując 4 czerwca, gloryfikujemy więc stan wojenny, represje wobec narodu, reglamentację żywności.
 
A.G.: - Lech Wałęsa mówił wtedy do ludzi: głosujcie na mnie, a ja już was urządzę. W ten sposób nie można zbudować społeczeństwa obywatelskiego.
 
Pojechalibyście na Wawel, gdybyście otrzymali zaproszenie od premiera Tuska?
 
J.G.: - Chyba dostaliśmy zaproszenie na obchody do Krakowa. Mamy dużo zaproszeń na różne imprezy. Wcześniej jednak obiecaliśmy ludziom, że przyjedziemy do nich na niezależne spotkania autorskie. Dlatego jesteśmy tutaj, w Bielsku-Białej.
 
Dlaczego nie można porzucić starych sporów? Różnijmy się nawet w ważnych kwestiach, ale budujmy wspólnie. Na tych waszych animozjach sprzed lat cierpi autorytet Polski.
 
J.G.: - Oczywiście, że cierpi. Nie my jednak za to odpowiadamy. To nie jest prywatna wojna Gwiazdów z Wałęsą. To jest zasadniczy spór o kształt polskiej demokracji. Chodzi o to, do kogo powinna w naszym kraju należeć władza: do elit czy całego społeczeństwa. Obecnie rządzą elity i to wybrane przez gen. Kiszczaka. Tymczasem demokracji nie będzie bez społeczeństwa obywatelskiego. Demokracja nie polega wyłącznie na wyborach, które odbywają się co kilka lat. To także możliwość bieżącego kontrolowania władzy. W wielu mniejszych miejscowościach bywa dziś tak, że właścicielem jedynej fabryki w okolicy jest b. oficer WSI, komendantem policji – b. funkcjonariusz SB, a wójtem lub burmistrzem – b. wysoki aparatczyk PZPR. To są patologie, których przyczyną był Okrągły Stół i wybory 4 czerwca.
 
A.G.: - Przed głosowaniem w 1989 roku Kiszczak wybrał sobie posłów z PZPR, a Wałęsa z „Solidarności”. Na tym polegał kontrakt.
 
Skąd wiadomo, kto jest zdrajcą, a kto jest swój?
 
A.G.: - Możemy się o tym przekonać dzięki aktom IPN. Znam przypadek dwóch żołnierzy partyzanckiego oddziału niepodległościowego, którzy jako jedyni ocaleli z pogromu, jaki urządzili im komuniści. Jednego z nich oficjalna propaganda uczyniła zdrajcą, a drugiego – bohaterem. Z akt IPN wiemy dziś, że ten który był przedstawiany jako bohater, w rzeczywistości zdradził swoich kolegów z oddziału.
 
                                                                  Na skruchę nie jest za późno
 
W IPN zgromadzono papiery, którymi można skompromitować wielu ludzi. Jednych za to, że donosili na przyjaciół, a innych, że mieli zbyt długi język i dlatego stali się nieświadomym źródłem informacji dla SB. Jeszcze inni po prostu bili swoje żony lub mieli kochanków tej samej płci. Może rację mają ci, którzy chcą spalić te archiwa?
 
A.G.: - To nie jest dobry wniosek. Mniej szkodliwe byłoby zniszczenie akt policji kryminalnej. Złodzieje są znacznie mniej szkodliwi niż zdrajcy. Nie można zacierać przeszłości sprzedawczyków, którzy donosili na kolegów. Oddając na kogoś głos w wyborach, chciałbym wiedzieć nie tylko, czy donosił na mnie, ale także, czy bił swoja żonę.
 
Akta służb specjalnych PRL są dla was wyłącznym źródłem prawdy historycznej?
 
A.G.: - Może nie wyłącznym, ale przekonującym. Rzecz jasna, jest to źródło czasem ułomne, gdyż po 1989r. usunięto z niego część akt kompromitujących ludzi nowej władzy. W archiwach SB obowiązywały ściśle określone zasady przetwarzania i przechowywania zbiorów. Akta były ze sobą logicznie powiązane. Dlatego każdy kto chciałby sfałszować jakąś teczkę musiał liczyć się z tym, że mistyfikacja wyjdzie na jaw po analizie innych papierów, które dokumentowały tę sprawę.
 
Jeśli więc nie należy spalić akt IPN, to może trzeba je opublikować w całości, np. w internecie?
 
A.G.: - Jasne, akta muszą być jawne. W IPN znajduje się 86 kilometrów bieżących teczek. Część papierów, np. akta operacyjne nie wnoszą wiele do wiedzy historycznej. Dlatego publikować trzeba, ale po opracowaniu dokumentacji przez fachowców.
 
Jest taki sowiecki dowcip o wyborach. Mówi on, że nie jest ważne kto i jak będzie głosował. Ważne jest to, kto będzie liczył głosy. Komu chciałby Pan powierzyć opracowanie akt IPN?
 
A.G.: - Znam zasoby IPN. Znaczna część dokumentów jest w kiepskim stanie. Są wyblakłe, zużyte, podniszczone przez upływ czasu. Czasem podziwiam pracowników, że sobie z tym wszystkim radzą. Akta powinny zostać usystematyzowane przez zawodowych archiwistów i dopiero później przekazane do internetu.
 
Jest dziś cień szansy na to, aby Anna Walentynowicz i Gwiazdowie pogodzili się z Lechem Wałęsą?
 
J.G.: - Nie widzę sensu takiego porozumienia! Gdyby teraz telewizja pokazała, że Gwiazda podaje rękę Wałęsie, to ludzie mogliby pomyśleć, że przepraszamy za to, że kontestowaliśmy politykę Wałęsy.
 
A.G.: - Nie można podawać ręki temu, kto ukrywa swoje dawne grzechy. Zgoda byłaby możliwa, gdyby druga strona postąpiła po chrześcijańsku: wyznała grzechy, wyraziła skruchę i postanowienia poprawy. Na to nigdy nie jest za późno. Inna sprawa, że zbyt późno może być na zadośćuczynienie.
 
Czy z czasów, gdy działaliście w podziemiu pamiętacie kogoś z bielskich struktur „Solidarności”?
 
A.G.: - Nie. Byliśmy bardzo ściśle izolowani od Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „S”. Kiedy w roku 1985 wyszedłem z więzienia, podchodzili do mnie dyskretnie koledzy i przepraszali, że nie mogą ze mną rozmawiać, bo obowiązuje ich zakaz kontaktów z Gwiazdą.
 
Dziękuję Państwu za rozmowę.
 
                                                                                    Rozmawiał: Robert Kowal